Wpis

sobota, 15 marca 2014

Rzecz o stokrotkach.

               

Literki układały się przy dźwiękach różnych i pytaniach retorycznych „Dlaczego ja słucham timberlake’a?” I "We are Young". 

 

Na dzień dzisiejszy stan konwencji serialowych jest wiele. Bardzo wiele. Twórcy co raz mniej boją się „szaleć” i wymyślać coś, czego jeszcze nie było. „Dynastia” dla nastolatków, czyli „Gossip Girl” którą najlepiej ogląda się kiedy twój znajomy na bieżąco wysyła ci wiadomości kto jest kim i przede wszystkim z kim jest. Seriale o gotowaniu - konwencjonalne, te po których premierze można wydać książkę kucharską i te niekonwencjonalne, po których książki wydać się nie da, bo kanibalizm nie jest powszechnie aprobowany. Wielowątkowe fantasy w którym wszyscy umierają, czy wszelkie warianty detektywistyczno-kryminalistyczne. I seriale medyczne, po których mamy takie przeszkolenie medyczne, że już możemy kroić kogoś na stole operacyjnym.  Jest i sciene fiction, ale ono było zawsze. A bajka? Bajka połączona z zagadkami kryminalnymi? Bajka połączona z zagadkami kryminalnymi i ciastem? Nawet taki coś urodziło się w czyjeś głowie. I o dziwo jest to ta sama głowa, która wróciła do życia najpopularniejszego kanibala świata. A może do życia wrócił go Ned?

 

                Mowa o Byanie Fullerze i „Pushing Daisies” opowieści o Nedzie, cukierniku który ma moc przywracania do życia martwych z pomocą dotyku. Nieźle, co? Ale jest haczyk, a właściwie dwa - a)drugie dotknięcie przywraca martwego do świata martwych na zawsze b)denat może być ożywiony maksymalnie na minutę, jeśli chcemy uniknąć kolejnych strat w ludziach.  Ned odkrywa swoje zdolności przez przypadek kiedy umiera jego pies Digby. Dotyka go ponownie i pies żyje razem z nim. Jest jedyną istotą ponownie ożywioną przez Neda. Do czasu. Trochę ponad  19 lat 34 tygodnie jeden dzień i 59 minut później liczba zwiększa się do dwóch – cukiernik ożywia miłość życia – Chuck.


Młody Ned to chyba typ którego nie sposób nie darzyć sympatią – sympatyczny, trochę zagubiony w sobie, ładny no i ciasta piecze.

                Na początku chce tylko dodać, że Bryan Fuller wydaje się naprawdę przesympatyczną osobą. Wystarczy przejrzeć jego twittera, lub obejrzeć występ na zeszłorocznym „Nerd HQ”. Jego ubolewanie nad brakiem flower crown, rozdawanie gadżetów z planu (ile ja bym dała za te scenariusze i fartuch z „eat the rude” dla taty) i bezpośrednie, na zasadzie równy z równym podejście do wszystkich zgromadzonych jest przeurocze. Jestem ciekawa jego dalszej kariery, bo jest wszechstronną bestią, która wie co robi i doskonale zdaje sobie sprawę co może spodobać się publice.


Moment w którym z pasją wyszeptałam (o pierwszej w nocy krzyczeć  nie wypada) „Swaggity Swag the Nightmare Stag”


Drugie mniej eleganckie oblicze Hannibala Lectera.

 

                Pierwsza rzecz która najbardziej mnie zafascynowała to gra aktorska Lee Pace’a. Dotąd znałam go jedynie z „Hobbita” i roli Thranduil’a. Wyniosłego, bezwzględnego króla elfów, a tu nagle widzę zagubionego w swoim życiu cukiernika, właściciela „Pie Hole” który ma problemy z wyrażaniem uczuć i zachowaniem jakiejkolwiek bliskości z innym człowiekiem. Nawet z kobietą, która jest miłością jego życia, którą stracił i odzyskał z powrotem. Lee ma w sobie chłopięcy niewinny urok i to przyciąga i powoduje niekontrolowany uśmiech do monitora i tak samo niekontrolowany ruch rękami (nazywany polipem). Jednak kiedy zdarzają mu się sceny w których Ned traci trochę swojej powściągliwości, nadal widzimy na ekranie tego samego bohatera, a nie zupełnie inny wytwór wyobraźni aktorskiej. Partnerująca mu  Anna Friel ze swoją Chuck jest idealną częścią tego serialu i jego bajkowego klimatu. Sukienki, buty na wysokim obcasie od razu przywołują skojarzenia z typową amerykańską dziewczyną. Chuck jest zdecydowana i z przywróconego życia chce korzystać w pełni, nie patrzeć na niego przez pryzmat marzeń utworzonych na podstawie czytanych książek. Jak każda bohaterka może trochę irytować uporem, ale scenarzyści przedstawiają wszystko z humorem, najlepiej zawsze wypadają sprzeczki na linii Chuck-Emerson Cod, który traktuje ją jak wkurzającą młodszą koleżankę, która wiecznie musi za nim łazić. W ogóle cała sprawa związana z pszczołami i ulami, jakoś od razu skojarzyła mi się z emeryturą Sherlocka Holmesa, nieuleczalny przypadek dopatrywania się wszędzie fandom references nawet jeśli nie ma powodu. Jeśli chodzi o związek Chuck i Neda, to czasem taki związek może przyćmić wszystko i spowodować, że scenarzyści zapominają, że nie samym maślanym wzrokiem do bohatera do drugiej połówki (no tutaj więcej nie dostaniemy) widz żyje. Fuller i spółka dozują wszystkie składniki idealnie, niemalże jak to robi Ned ze swoimi ciastami. Napiszę książkę „Bryan Fuller jako twórca najsmaczniejszych seriali XXI w.” Nie oglądaj tego głodnym bo będziesz zwijać się w konwulsjach.

 

                Moim spirit animal zostaje zdecydowanie prywatny detektyw Emerson Cod, człowiek który rzuca stale sarkastycznymi i absurdalnymi żarcikami (scena rozmowy z pieniędzmi poszła do notesika „może przyda ci się w życiu”). W czasie wolnym i czasie stresu szydełkuje (długa konsternacja czym jest właściwie knitting po polsku). I przez 8 odcinków jest właśnie takim trochę grupmy panem, który mówi co myśli, aż do 9 odcinka, kiedy jedna konwersacja spowodowała chęć poznania dogłębnie tej postaci i w sumie uświadomiła jak mało wiem o nim. Jest i Olive Snook – nieszczęśliwie zakochana w cukierniku, opiekująca się bardziej Digbym niż jego prawowity właściciel. Olive wygląda także jak typowa amerykańska sąsiadka (dodawanie przy każdej postaci kobiecej „amerykańska” to chyba winna tych ciast, które jak widzę to mam ochotę krzyczeć ‘murica, są w każdym filmie, każda matka z przedmieść robi je swojemu dziecku). I tutaj znowu mam ochotę się pozachwycać – Fuller i spółka nie zrobili z niej nieszczęśliwie zakochanej jędzy, która podkłada naszej cudownej zakochanej parze co chwila kłody pod nogi. Jest pełnokrwistą postacią, która idealnie współgra razem z resztą bohaterów. Oczywiście ma momenty zazdrości, ale dzięki tej mieszance jest widzowi bardziej bliska i daje się naprawdę lubić. Jednak serce najbardziej kradnie Digby. Taki śliczny pies, może jakieś spotkanie z Winstonem, co by biedak miał jakieś towarzystwo?

Moment w którym każdy zaczyna mieć zapędy Willa Grahama.

 

                Twórcy „Pushing Dasies” korzystają raczej z jasnej palety kolorów (mówię raczej bo mamy tu tez ciemniejsze sceny, nie jak w „Hannibalu” w którym każdy kolor jest okraszony odrobiną szarości), już pierwsza oznajmia nam, że czeka nas coś z pogranicza bajki i wolno snutej opowieści. Bo mamy narratora. Który co odcinek przypomina nam ile dokładnie lat, tygodni, dni, godzin i minut liczą nasi bohaterowie, przypomina nam o młodości Neda i zawsze raczy pomocą przy streszczeniu jak doszło do morderstwa. Mam jakąś słabość do narratorów w filmach, zawsze mam wtedy wrażenie, że wydarzenie nie dzieją się na ekranie, a siedzi obok mnie jakiś stary gawędziarz który z najmniejszymi szczegółami opowiada mi historię życia, a ja wszystko to sobie wyobrażam. Już nie wspominając o książkach w których nagle narrator mówi do mnie „Za mną czytelniku!”.

                Mamy ciasta i ciekawych bohaterów. I jeszcze sprawy kryminalne, które są integralną częścią tego serialu. Morderstwa i wszelakie wypadki śmiertelne mogą wydawać się trochę niepasująca częścią układanki – mroczne zabójstwa w krainie wesołych ciast i jasnych kolorów? Owszem. Co odcinek mamy „morderstwo tygodnia” które narrator zawsze opowiada zaczynając słowami „The facts were these…”. Okoliczności śmierci są zawsze okraszone sporą dawka nieprawdopodobieństwa, przez co na wszystko patrzy się z przymrużeniem oka. Cod, Chuck i Ned udają się do kostnicy, przekonują zawsze niechętnego patologa co raz to dziwniejszymi historyjkami, aby mogli wejść i sprawdzić ciało. Co wiąże się z jednominutowym ożywieniem denata, ale jednak nawet informacje zasięgnięte u źródła nie pozwalają często od razu znaleźć mordercy.

                Podsumowując, „Pushing Daisies” jest naprawdę niesamowitym serialem, które wyłamuje się z konwencji i jest raczej trudny do zdefiniowania. Na pewno pociesza mnie fakt, że przede mną jeszcze jeden sezon i prawdopodobny powrót na ekrany. W ogóle jakoś był ostatnio dobry czas na powroty, żegnałam kilka tygodni temu z ciężkim sercem „Ripper Street” a tu nagle BBC stwierdza, że chyba nie mogą tego tak zostawić i dają twórcą zielone światło. What a time to be alive! „Pushing Daisies” to zdecydowanie ten wyrób telewizyjny, który połyka się w całości, a potem głośno domaga o dokładkę i wyjawienie tajemnicy jak  tworzy się takie perełki. Bryanie Fullerze, bierz się do pisania.

 

Panie Fuller, jest świetnie kontynuuj. 

 

Z innnej beczki

 

Powinno się znaleźć w poprzednim poście, ale nie chcę zmieniać - na jakieś 99,9999% żaden gif który pojawi się na tym blogu nie będzie mój. Jeśli takowy kiedyś się pojawi, będę się nim chwalić dopóki mnie nie zabijecie.

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
juliasaid
Czas publikacji:
sobota, 15 marca 2014 23:07

Polecane wpisy