Wpisy

  • niedziela, 03 sierpnia 2014
  • niedziela, 08 czerwca 2014
    • Gwiazd naszych wina, czy może nas samych, czyli kto kim rządzi w Hollywood.

       

      Literki układały się w spójną całość bardzo późno, przy bardzo wielu dźwiękach.

      Nie cierpię melodramatów, jako gatunku stworzonego dla sfrustrowanych gospodyń domowych, które kreują w swoich głowach niedościgniony wzór miłości tragicznej.  Nie znoszę filmów o zakochanych nastolatkach, który tworzy chore przekonanie wśród społeczeństwa, że ludzie w przedziale wiekowym od lat 13 do około 20 marzą tylko i wyłącznie o spotkaniu tej jedynej miłości na całe życie. Nie lubię filmów produkcji „Republiki Rakonii” które są dla mnie kiepskim odbiciem tego, co dzieje się na oddziałach onkologicznych w każdym szpitalu. Jeśli wiecie o czym jest „The Fault in Our Stars” (będę używać skrótu „TFIOS”), to albo a) spodziewacie się najbardziej zgryźliwej recenzji w historii filmu b) zadajecie sobie pytanie „To po co szłaś na ten film do kina?!”.  Otóż, kiedy w zeszłe wakacje przeczytałam „TIFOS” doznałam czegoś w stylu katharsis. Zamiast radośnie cieszyć się rzadkim w sezonie wakacyjnym słońcem nad polskim morzem, ja siedziałam na dmuchanym kole, na środku Morza Bałtyckiego („It’s a metaphor”) patrząc się pusto w przestrzeń zadając sobie pytanie „Dlaczego?!”.

      Zanim przejdę do ciągu skarg, zażaleń i pochwał naświetlę sytuacje w kontekście… historycznym? Książkę poznałam na Tumblr (Cóż za nowość), kupiłam kiedy na okładce już dumnie napisano „Obecnie trwają prace nad scenariuszem”.  Są tacy których to ucieszy, a są i tacy których odstraszy. Bo twierdzą, że adaptacje zawsze są złe, bo wiedzą, że nagle okaże się, że tego Johna Green’a kojarzyło jednak pół kraju. Moja reakcja? Praktycznie żadna. Oczywiście w momencie stopniowego pojawiania są kolejnych wieści z planu zaczynałam się interesować, oceniać i dyskutować, co jest naturalną fanowską reakcją. Najbardziej poruszyła mnie jednak wiadomość o Johnie Green’ie, który był na planie dużo, jeśli nie co dzień. Wiadomość o pojawieniu się na planie autora książki, którą przenosi się na ekran zawsze daje iskrę nadziei na potraktowanie materiału z należytym szacunkiem i zachowaniu maksimum treści. Szczególnie kiedy jest się Johnem. Chyba jednak tytuł, odrobinę zaprzecza moim nadziejom.

      Wizualnie wszystko jest idealne, treściowo się sypie. To tak w skrócie.

      Ale zacznijmy od pozytywów. Z uwag prostych – absolutnie podobała mi się użyta paleta barw.  Była bardzo żywa i niemal dziecięca, co moim zdaniem podkreśla to, że bohaterowie to dzieci, bez dzieciństwa .Miało być pozytywnie, ale z kwestii technicznych jakoś nieszczególnie przypadł mi do gustu sposób wyświetlania wiadomości, które pisali do siebie Gus i Hazel. Ta czcionka, te dymki… Jakoś nie. Sam pomysł świetny, ale sposób wykonania raczej na nie. W kwestii wyboru aktorów – casting done right. Wybrano nazwiska niespecjalnie znane, albo prawie debiutantów (patrz Ansel).  Będąc przy nim – Gus jest cudowny. Gus jest tak cudowny jak w książce. Tak, jest czasem dupkiem, tak, ma kilka wad, ale to jak został napisany sprawia, że nie jedno niewieście serce bije szybciej.  Augustus Walters to postać w której się zakochałam i szybko nie odkocham. Ansel w ostatecznym rozrachunku (Bo na początku miałam co do niego zastrzeżenia) jest świetnym odzwierciedleniem Gusa z książki. Jak każdy młody bohater w książce ma cięty język i używa zabójczej ilości sarkazmu i ironii, to podczas jego scen (I także Issaca) widownia najbardziej się śmieje (Albo płacze). Ogólnie wszystkie męskie postacie są świetne (Może nie tata Hazel, który cóż, nie pozwalał mi się skupić na fabule, zdecydowanie za miło się na niego patrzyło). Kobiece też – matka Hazel jest świetna, podobało mi się to, że była idealnie „wymęczona” opieką nad córką, miała wyraz troski w oku, a kiedy znaleźli się w Amsterdamie rozkwitła, jakby uwalniając się na chwilę od choroby dziecka. Lidewij która moja przyjaciółka porównała do wróżki (Absolutnie za dobrze ubranej wróżki). I mogłabym się tak rozpływać do momentu w którym ktoś nie zapyta się „A Hazel? To główna postać.”

      Moja znajomość z Hazel jest trudna. O ile w Gusie, od razu się zakochałam, to jednak Hazel jest trudniejszą dla mnie postacią. Na pewno mogłabym się z nią pokłócić o sposób życia. When life gives you a lemons, put them in play – kiedy życie daje ci Augustusa Waltersa i uporczywie daje znaki o jego przemijalności,  nie postępujesz honorowo, tylko rzucasz mu się w ramiona. Z Hazel czasem się nie zgadzam, czasem nie jestem w stanie jej zrozumieć, jest dla mnie zbyt uparta. Jednak  koniec końców, uważam, że może i taki był zamysł Green’a – nie chciał kolejnej manic pixie dream girl, tylko kobietę filozofa w ciele dziecka z w połowie działającymi płucami.  Gdybym nie przeczytała książki przed seansem, prawdopodobnie Hazel Grace Lancaster została by umieszczona na górze listy, źle napisanych postaci kobiecych. Czerwona lampka, zapaliła się w mojej głowie na samym początku filmu. Hazel poznaje Gusa i przez kilka ślicznie zmontowanych scen, wykonując codzienne czynności ze zniecierpliwieniem godnym rozchwianej emocjonalnie dwunastolatki oczekuje na telefon od niego. BŁAGAM.  Reżyser plus scenarzysta zgubili jeden ważny szczegół, który  czyni Hazel bohaterką nieszablonową. Nie chce być z Gusem bo nie chce go zranić, nie chce być tym granatem (Owszem to zdanie pada w filmie), który wybuchnie i zostawi bolesne odłamki, które z biegiem czasu nie znikną, tylko będą stopniowo zbliżać się do serca niczym te u Tonyego Starka i nawet elektromagnes na środku klatki piersiowej nam nie pomoże. Przez kilka niedociągnięć Hazel w magiczny sposób stała się rozchwianą emocjonalnie dziewczynką, która nie wie czego chce, co chwilę zmienia zdanie, wpisując się idealnie do kartoteki setek takich samych chorych na raka bohaterek filmowych. Nie jest tragicznie źle przedstawiona, nie mam tutaj żadnych zarzutów do Shailene, tylko scenarzysty, który odebrał Hazel jej wyjątkowość i stworzył bohaterkę, którą widz… właśnie? Pokocha? Znienawidzi? Przejdzie obok?

      A teraz czas na litanie scen, które nie miały okazji pojawić się w 125 minutach ekranizacji.  Spotkanie Hazel z jej przyjaciółką, która próbuje być angielką, która pokazuje, że Hazel choć z oporami, to jednak próbowała nawiązywać kontakt ze społeczeństwem. Scena w której dowiadujemy się o byłej dziewczynie Augustusa, która jest moim zdaniem kolejną cegiełka która tworzy jego charakter. Scena sprzedaży pedofilskiej huśtawki, pożądającej tyłeczków dzieci, genialna, przezabawna. Scena w której rodzice krzyczą na Gusa przed wyjazdem, moment w którym „gubi” się na lotnisku, scena na stacji benzynowej która w książce miała większy wydźwięk, która jest jedną z najważniejszych, bo łamie ten nieskazitelny wizerunek przystojnego, idealnego prince charming z papierosem w ustach Augustusa Waltersa, wizyta rodziny Gusa, krótko przed śmiercią. I absolutnie coś czego nie wybaczę nigdy. Cytaty który zapadł mi w pamięć najbardziej, bodajże z pierwszego listu Petera Van Houena. Cytat Williama Shakespeara, Mistrza z Stratfordu z „Juliusza Cezara”.  „Wina to, drogi Brutusie, nie gwiazd naszych, ale nas samych” (The fault, dear Brutus, is not in our stars, But in ourselves) Szczerzę wątpię, że John Green umieścił ten cytat, tylko po to, aby ucieszyć fanów Shakespeara, albo żeby się pochwalić znajomością jego sztuk. Umieszczając cytat który de facto zawiera tytuł książki, polemizuje z nim, to zabieg celowy, który ma skłonić widza do myślenia, a nie tylko elementem wzbogacającym tekst. Tam Kajusz mówi Brutusowi, że wina za bycie zniewolonym przez Cezara jest ich winą, nie jakieś wyższej siły, Green zaś, że rak to wina gwiazd, jakieś wyższej siły która daje i odbiera z taka samą łatwością.

      Pierwszym pytaniem które zadały mi znajome po filmie było „Jak bardzo wyciska łzy?”. Widzicie, pod względem wzruszeń na filmach jest mi raczej bliżej do Grincha i jestem w stanie na palcach jednej ręki policzyć filmy czy seriale na których płakałam, te które ścisnęły gardło, rozmiękczyły serce  i sprawiły, że brodziłam się we własnych łzach. „TFIOS”  to zrobił. O ile atmosfera smutku unosiła się od momentu w którym dowiedziałam się o tym, że Augusus zapalił się jak choinka, to sceną która złamała mi serce, była ta na pogrzebie. Kiedy Hazel podchodzi do trumny i pyta się go „Okay?” i nie uzyskuje odpowiedzi. W tym momencie odłożyłam  książkę i bliżej niż dalej trzeciej w nocy leżałam na łóżku gorzko chlipiąc. To samo stało się także kiedy czytałam list Gusa. A potem był egzystencjalny kryzys o którym pisałam wcześniej. Na filmie? Kiedy Gus płakał, płakałam ja i kiedy Hazel czytała list. Tylko to był inny płacz  - kilka kropelek uronionych, które nie spowodowały większych emocji. Owszem sala płakała, ale ludzie siedzący za mną nie czytali książki, odkrywając, że to ekranizacja. Film nie spowodował we mnie większych uczuć. Ba, obszedł mnie. Spłynął jak po kaczce.  I to jest właśnie powód przez który mam ochotę płakać. Miesiąc przed pójściem do kina, wyobrażałam sobie ilość mokrych chusteczek wokół mojego siedzenia w kinie, rozmazany tusz do rzęs i zapłakane slefie które wyślę Johnowi Greenowi. Nic. Zero emocji. A ostatnią kropla, która przelała czarę goryczy były ostatnie dwie linki. Gus napisał do Van Houena  “I like my choices. I hope she likes hers.”  “I do Augustus, I do”. Co właśnie przeczytałam było prawie- że zawarciem małżeństwa pomiędzy nimi ("Shakespeare's comedies end in marriage and his tragedies end in death, and I was rather fond of the idea that my book could end (symbolically, at least) in both.") I can smell Shakespere is importatnt  AGAIN and you just CUT IT. Jak wygląda zakończenie w filmie? “Okay Hazel Grace?” „Okay” Poważnie?! Głęboka metaforyka, prawie-że małżeństwo pomiędzy nimi, podkreślenie dojrzałości tego związku, zmieniono na „Okay”. Owszem, to jest ładne nawiazanie do ich „Always”. AleJohnie czemu ty nic nie zrobiłeś. Dlaczego.  Zamiast przysięgi małżeńskiej, dostajemy bardziej dwunastolatków którzy obiecują sobie chodzić za rękę po szkolnym korytarzu przez tydzień.

      Chciałam to ująć delikatniej, ale inaczej się nie da. Z książki która jest emocjonalna kolejką górską, która jedzie w górę ku szczęściu, tylko po to, aby wbić się potem w ziemię i zanurzyć w smutku. Jest pozycja która ukazuje chorych jako normalnych ludzi, którzy „o dziwo” posiadają uczucia niezwiązane z ich chorobom. Książka o dojrzałej miłości, pomiędzy tak naprawdę dziećmi.  A film? Z całym szacunkiem, ale wpisuje się w kategorie które wypisałam w pierwszym akapicie. Stracił wyjątkowość, zrobiony pod masową publiczność która chce trochę pochlipać i wrócić do życia. Sam w sobie jest filmem dobrym , ale jako ekranizacja książki wypada kiepsko. Ale nie powiem „Nie idźcie na ten film”. Idźcie. Obejrzyjcie uważnie. Zakochajcie się w Gusie. Śmiejcie się z jego żartów i zachowania. Liczcie ludzi którzy w wyraźny sposób okazują, że właśnie płaczą. Może nawet sami uronicie łzy. A gdy już wyjdziecie z kina idźcie do księgarni. Kupcie książkę. Pożyczcie ją. Ściągnijcie PDF. Cokolwiek, ale przeczytajcie tę książkę.

       

  • piątek, 18 kwietnia 2014
    • Tysiąc twarzy Traczy, czyli o kim właściwie jest ten film.

                  Literki układały się znów przy wielu dźwiękach.

      Dzień przed obejrzeniem „Kapitana Ameryki”, odbyła się jak co miesiąc Akademia Filmowa. W gwarze mojej szkoły, jest to wyjście po czwartej lekcji klas humanistycznej do pobliskiego Kina Muza na prelekcje przed filmem, seans i dyskusje. Filmy które zostały wybrane, to klasyki, produkcje kultowe i docenione przez krytyków. W środę, padło akurat na film „Butch Cassidy i Sundance Kid”. „Co?”, wyszepcze czytelnik, znający ten film. Western (Właściwie to antywestern, według prelekcji przed) o dwóch rewolwerowcach okradających banki i Steve Rogers?  Jaki jest punkt wspólny? Jaki to ma sens? Jak żyć? Wyjaśniam. Dyskusja po, kręciła się głównie wokół tematu antybohatera w kinie. Dlaczego kochamy tych złych, czy to moralne, czy źle świadczy o osobie kochającej. Pan prowadzący napomknął o „Breaking Bad” czy „Dexterze”, a także o superbohaterach. I powiedział o Kapitanie Ameryce. Wywołując we mnie i koleżance siedzącej obok, na obu filmach małą konsternację. Steve? Nasz kochany Stevie? Batman tak, Spiderman trochę też, Guardians of the Galaxy, ale on? Dłuższe rozważania znajdują się kilka akapitów niżej.  I jeszcze w kwestii punktów wspólnych jest jeden ważny. Nazywa się Robert Redford i gra w obu ważną rolę. W jednym gra nawet tytułową rolę.

       

              Jest Redford.       

      Zacznę jak mam w zwyczaju od kwestii technicznych. Pierwszy raz w życiu, nie mam ochoty rzucać kąśliwych uwag dotyczących 3D w filmie. Nie mam pojęcia czego to zasługa, czy technologia rusza jeszcze dalej, czy dziesięć ekip zajmujących się efektami specjalnymi (liczone podczas czekania na scenę ponapisową numer dwa) nie miała prawa zrobić to źle. W scenie końcowej walki, gdy bohaterowie walczą na tym helikopterze czy czymkolwiek to jest, widać głębię obrazu. Kilkusekundowe ujęcie, ale zapadło mi w pamięć – dwójka ludzi walczy i chociaż znajdują się w centrum są malutcy i większą uwagę przykuwa ogrom latającego statku i odpadające części które przelatywały mi przed oczami. Było dobrze, ale nie znakomicie, najlepsze 3D, jakie miałam okazję widzieć to te, z jakiegoś dokumentu o dinozaurach który oglądałam w IMAX, jak miałam jakieś trzynaście lat. Nigdy nie zapomnę jak napisów, myślałam (Zresztą jak pół sali), że film się skończył, a tu nagle ekran przecięły szpony. Połowa sali umiera na zawał. Choreografia scen walki jest zachwycająca. Nie da się na to nie zwrócić uwagi, nawet gdy nie jest się szczególnym fanem takich scen. Nie za długie, nie męczą, jednak w kilku momentach montaż był dla mnie za szybki, nie dało się uchwycić co się dzieje, kto jest ranny, kto ma przewagę. I uważam, że amerykańska reprezentacja gimnastyczna powinna zaangażować Natashe i Steviego.

       

      Nie odnosi się absolutnie do niczego w tym poście, ale jest przeurocze.

                      Przyznam szczerze, że Kapitan Ameryka nie jest w czołówce moich ulubionych postaci uniwersum Marvela. Po głębszym zastanowieniu nie umiem złożyć zdania w którym uzasadnię to w rzeczowy i logiczny sposób. Bo z jednej strony w tą postać jest wpisany patos i powaga, których nie da się uniknąć. Steve to superżołnierz, walczący podczas Drugiej Wojny Światowej o bezpieczeństwo Ameryki i może w pośredni sposób całego świata, a teraz z terroryzmem i zagrożeniami czyhającymi na wolność obywateli współczesnego świata. Ma tragiczną przeszłość. Tumblr zwrócił uwagę na to, że jeden jedyny raz kiedy widzimy go szczerze śmiejącego się, to jest to fragment archiwalnego nagrania z muzeum, nakręcony w latach służby w wojsku, na którym jest z Buckym.  W scenie gdzie razem z Natashą udaje się do New Jersey, gdzie sam mówi, że go stworzyli, widzi siebie jeszcze jako tego nieśmiałego chudzielca, który ledwo niesie broń i goni resztę ćwiczących żołnierzy. Ten Rogers nie zniknął nigdy. Został tylko opakowany w mięśnie i ponadprzeciętną szybkość i siłę.  Siedemdziesiąt lat leżenia w lodzie nie jest w stanie wymazać jego cech charakteru i tego co nazywamy teraz „przedwojenną manierą”. Steve wierzy w honor i oddanie dla ojczyzny. Jest sympatyczny i uprzejmy wobec kobiet. Grający go Chris Evans, wygląda idealnie, jak amerykański chłopiec z dobrego domu. Wymieniając te cechy, odpowiadam praktycznie na pytanie postawione na początku wpisu – akurat Steve Rogers, najmniej „anty” wśród marvelowskich herosów. Na pytanie, dlaczego nie jest moim ulubionym odpowiedzi nie znajdę chyba długo. Chyba, lubię tych bardziej, hm, pikantnych? Oczywiście nie uznaję Kapitana za postać nijaką, bo tworzenie bladych postaci scenarzystom Marvela, nie wychodzi. Kończąc wewnętrzne dylematy napomknę o tarczy. Nie wydaję się ona zbyt zabójczym narzędziem. Bardziej narzędziem do obrony (Może to kolejna rzecz która ma podkreślić łagodność Steva?) Niby najlepszą obroną jest atak. Ale Rogers świetnie radzi z nią sobie i używa ją naprawdę na tysiąc sposobów. Jakby przylatywała do niego jak Mjemjew (Naśladując Darcy) byliby nierozłączni. Fun fact: według redaktorów „Kina” Mjewmjew to miecz. Może nie rozumiem konceptu młota, ale to młot przypomina. Nie ma ostrego końca. Jak większość mieczy.

       


                      Natasha Romanow, którą gra Scarlett Johanson, jest cóż tu wiele mówić cudowna. Chyba to ona jest moim numer jeden w filmie. Z niecierpliwością czekam na produkcje o Czarnej Wdowie, potrzebuję ją w trybie pilnym. Ten film utwierdza w przekonaniu zwolenników i przekonuje niedowiarków, powodując, że po wpisaniu „The Black Widow” w Google, co chwilę pojawia się artykuł „X powodów, dla których Czarna Wdowa powinna mieć własny film”.  W czym dokładnie przejawia się jej cudowność? Po pierwsze, jej zdolności walki i inteligencja oraz zimna krew, tworzą z niej herosa, którego występ połykamy w całości. Uwielbiam jak zwodzi mężczyzn czy Lodowych Olbrzymów, którzy nie są świadomi jej zdolności. Ma całą teczkę sekretów, które chcę poznać . W całej jej bohaterskości jest też ten wymiar ludzki, strach i troska o kompana w walce. Jedyne co w niej nie lubię to proste włosy, które podczas jednej ze scen widać kręcą się naturalne. Dlaczego? Z Rogersem łączy ją cudowna kumplowska więź, która jest moim zdaniem w tego rodzaju filmach, lepsza niż relacja „Prawie zginęliśmy razem, weźmy ślub!”. I ma cięte riposty i wprowadza humor. A jeszcze więcej humoru, wprowadza Falcon, który jest przesympatyczną i zabawną postacią. To on najczęściej doprowadzała mnie do uśmiechu czy śmiechu. Jego gotowość do pomocy Stevowi, napawa mnie radością, bo oznacza to, że wróci na ekrany. Jest i Nick Fury (Polski Mikołaj Furia), który co tu wiele mówić o postaci Samuela L Jacksona, potrzebuje własnego filmu i skupienia na nim większej uwagi. Bo Jackson (Który na press junket miał cudowną koszulkę „I’m not Lawerence Fishburne”) nie tyle gra, ale jest Furym. Bo Fury został „narysowany” na podobieńdtwo Samuela L Jacksona. Ucieszył mnie też powrót Agentki Hill, która jest także, świetnie napisaną i odegraną postacią kobiecą, biorącą sprawy w swoje ręce, samodzielnie myślącą, jednocześnie będąc normalną i mającą uczucia. Też zasługuje na osobny film.

       

      We’re up all night to get Bucky

                      Pełny tytuł filmu brzmi „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”. Dedukując możemy dojść do wniosku, że akcja będzie toczyć się wokół Kapitana i tajemniczego Zimowego Żołnierza. Sprawa nie jest taka prosta. Zimowy Żołnierz to Bucky Barnes, przyjaciel od zawsze Rogersa. HYDRA eksperymentując na nim , stworzyła z niego superżonierza, bez pamięci, uczuć i jakichkolwiek wspomnień. Dopiero spotkanie z kompanem po prawie siedemdziesięciu latach , przywraca skrawki wspomnień i coś w nim pęka. Nie może się jednak zbuntować, jest zależny od swoich twórców, przypominał mi wtedy tresowanego psa. Decyduje się na dalsze kontynuowanie swojej roli maszyny do zabijania, bo nie ma innego wyjścia. Brzmi ciekawie. Daje nadzieje na interesujący wątek i wielowarstwowy problem. Niestety w tym momencie muszę troszkę ponarzekać. Nie po to, umieszcza się postać w tytule, żeby potem robić z niej tło. Sebastian Stan, wypowiada w filmie kilka niezbyt rozbudowanych zdań i dramatycznie się patrzy. Nie jest to zupełnie jego wina i nie bronię, go bo jest moją nową obsesją. Myślę, że umieszczenie go w tle nie jest złym pomysłem, tylko niepotrzebne marketingowe umieszczanie go na początku stawki jest złym pomysłem, dając mu potem do wypowiedzenia cztery zdania. Od głównej postaci oczekujemy więcej choćby czasu ekranowego. Zresztą  on nie jest złym w filmie. Jest ofiarą HYDRY, która jest prawdziwym wrogiem w filmie. Organizacji, która zrzesza byłych nazistów  przez wiele lat rośnie w siłę pod skrzydłami S.H.I.E.L.D. To ona, przybierająca twarz Alexandra Pierce’a (Redford) i tysięcy jej zwolenników wywoływać może strach. Scena w podziemiach z komputerem przemawiającym głosem Zolii, jest… dziwna. Określiłabym ją mianem creepy bo z jeden strony to podczas jej trwania trochę przechodziły ciarki szczególnie kiedy na ekranie pojawiały się zdjęcia nazistów które przypomniają nam to o czym czytamy w podręczniku od historii, a z innej była tak groteskowa.  Słowa wypowiadanie przez Pierce’a  są prawie przekalkowaniem myśli wielkich dyktatorów, a chęć usunięcia, tych którzy mogą zaszkodzić przywołały we mnie skojarzenia około Drugiej Wojny Światowej.

       

       


                      Marvel Polska na początku (Nie wiem czy nadal) zmieniło swoje zdjęcie w tle na fragment plakatu i wielki cytat z jakieś recenzji „Ten film to Avenegers 1.5”. Cóż, pracując dla nich pewno z czystej uprzejmości ostrzegłabym ich przed reklamowaniem filmu akurat tym stwierdzeniem. Bo wielu nie chce „Avengers 1.5” tylko dwie godziny historii Kapitana Ameryki. Tak samo jak chcę osobnego filmu o Thorze czy Iron Manie. Ostatnie dwa filmy, są tą idealną, niby osobną, ale jednak częścią całości, ale najnowszy Kapitan, trochę ulega chęci jak najwcześniejszego zebrania widzów, którzy szturmem zaatakują kina zaraz po premierze „Avengers: Age of Ultron”, aby to pieniądze w box  office, rosły i rosły. Może tak musi być, film najbliżej premiery „Avengers” musi być trochę jego zapowiedzią i to mogę wybaczyć. Ale wracając do roli Buckiego – „Zimowy Żołnierz” to sto dwadzieścia minut zapowiedzi, tego co będzie główną osią napędową w trzeciej części Kapitana Ameryki, jak już „Avengers 2” zarobi na nią. Scenarzyści i reżyser mogli to inaczej rozegrać. Trochę zmarnowali postać, która mogła być fascynująca i ruszyć serca całej widowni, skraść show, jak robi to skutecznie Loki od pierwszej części „Thora”. Nie obrażam się i buntuje, pokładam nadzieje w dalsze losy Kapitana i Buckiego.

                      Oczywiście były sceny po napisach. Pierwsza po „kolorowych” intryguje mnie niesamowicie. Chcę więcej i to teraz, a jedyne co trzyma mnie pry życiu to sierpień i „Guardians of the Galaxy”.  Druga, po napisach normalnych, przedstawia co pisałam wcześniej – zapowiada co będzie działo się w kolejnej części „Kapitana Ameryki”.  Może bez fajerwerków, ale dokąd Bucky pójdzie, interesuje mnie niezmiernie. Na koniec chcę przywołać historię z sali kinowej. Na Sali było dziesięć osób w tym ja i moje dwie koleżanki. Jakaś para, wyszła zaraz po zakończeniu filmu reszta czekała pokornie na koniec „kolorowych” napisów. Scena się zakończyła, wszyscy oprócz nas opuścili salę. Pani zbierająca okulary 3D, zdecydowanie miała wtedy żądze mordu w oczach i chyba usłyszała gdy jedna z moich koleżanek powiedziała coś w stylu „Nie wyjdę, póki nie zapalą normalnych świateł”. Jakieś 0,3sek później zapaliły się. Serdecznie panią pozdrawiam i proszę o wyrozumiałość, dla każdego nerda, geek i fangirl, wyczekującego trzydziestosekundowej scenki, która nic do fabuły nie wnosi, a tylko daje apetyt na więcej. Marvel wymyślił świetną strategię scen po napisach.

       

              Przy okazji "Zimowego Żołnierza", powstał nowy Internetowy mem.        

      Miałam już kliknąć enter i opublikować post, ale przypomniała mi się jedna ważna rzecz. A mianowicie post na tumblr, w którym żartobliwe ktoś stwierdził, że Marvel, robi film o każdym z ekipy Avengersów, film o nich wszystkich, teraz jeszcze „Guardians of the Galaxy” i w dodatku postanowiło nie czekać dwadzieścia lat i odświeżyć zupełnie Spidermana. I jeszcze kręci po raz kolejny X-manów. A DC Comics? Batman, Superman, Batman, Superman, i  uwaga, Superman i Batman razem (Spójrzcie tu). Trochę nie rozumiem tej polityki. Bo jeśli dobrze się orientuje, żaden z filmów Marvela nie spotkał się ze stuprocentową krytyką na szeroką skalę, a za to najnowszy „Man of Steel” kilka razy został, że tak powiem zjechany równo. Nolan i jego Batmany, mają też różny odbiór (Akurat ja Batmana według Nolana lubię, chociaż przy drugim obejrzeniu „Mroczny Rycerz powstaje” musiałam się pożegnać ze stuprocentowym zachwytem i wytknąć kilka błędów.) Kiedy byłam młoda oglądałam na Cartoon Network jakąś animowaną wersję „Ligi Sprawiedliwych”. Podobało mi się bardzo i kiedy przypominam sobie kto w niej był, jestem wielce zdumiona czemu DC nie chce wersji aktorskiej. W swoich rękach mają Wonder Woman, a widz potrzebuje dobrej ekranizacji komiksu, w którym główną postacią jest kobieta. Hail Hydra!

       

       

      Z innej beczki

                      Uwielbiam fakt, że w filmie Marvela, Tony Stark może się osobiście nie pojawić, ale wspomniany prawie zawsze zostanie.  W tonie marudzącym i poprzedzając jego pojawienie zdaniem „Znowu on.”

       

                      Następny wpis pochwalny, będzie listą powodów dla których ganiam za wariatem z policyjną budką.    

       

      Jadąc do kina zabrałam ze sobą książkę. Chciałam coś lekkiego gabarytowo, więc wybór padł na „Flavie do Luce i Ucho od Śledzia w Śmietanie”. Poprzednie dwie części czytałam dużo wcześniej i miło jest znowu zagłębić się w tą książę i powoli przypominać sobie, dlaczego skradła mi serce, które postaci lubiłam, i dlaczego jedenastoletnia Flavia mogłaby na dobrą sprawę funkcjonować także jako siedemnastolatka, jak i dwudziestojednolatka jak i trzydziestoletnia kobieta. Gdy tylko odświeżę sobie poprzednie części napiszę o serii.

       

      Przedstawiam tego złego.

       

         

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Tysiąc twarzy Traczy, czyli o kim właściwie jest ten film.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      piątek, 18 kwietnia 2014 12:35
  • wtorek, 08 kwietnia 2014
    • Cykl Pochwalny, czyli jaki jest dzisiejszy powód niewyspania. #2

                Literki układały się w logiczną całość przy dźwiękach mojej playlisty na spotify (tu). I oglądanym jednocześnie "Top Gear" 

                      Uwaga, uwaga, zaczynam cykl. Cykle jak wiecie charakteryzuje systematyczność, jakaś terminowość i tym podobne, szkolno-biurowe terminologie które nie kojarzą się dobrze. Jednakże, czym Cykl Pochwalny będzie się charakteryzował? W pierwszej notce (tu) wymieniałam kilka seriali, które zdobyły moje względy, które uwielbiam w mniejszym czy większym stopniu. I spędzając kolejne godziny udając, że robię zadania z matematyki stwierdziłam „Wypadałby się z nich wytłumaczyć.”. I oto zaczynam się tłumaczyć. Na pierwszy ogień nieświadomie poszedł „Hannibal”, przy okazji półmetku drugiej serii (Nie, na „Sherlocka” nie będziecie czekać do premiery czwartej serii, bo mogę nie dożyć) Drugim opisanym serialem mianuje „Grę o Tron”, z powodu podobnego do tego „Hannibalowego” – wczoraj HBO Polska, wyemitowało premierowy odcinek czwartej serii.

                      Słowem drugiego wstępu – jak zaczęła się moja przygoda w Westeros? Wiedziałam, że istnieje takie licho, ale nic sobie z tego nie robiłam. Kolejny byt serialowy, wszyscy się ekscytują trzeba będzie kiedyś zacząć (Może na emeryturze). Wolną chwilę znalazłam w wakacje i gdyby nie kolejna usterka komputera (Który znowu się psuje) obejrzałabym go w tydzień. Wciągnęłam się niesamowicie, co dzień oglądając po kilka odcinków do drugiej w nocy, wykończona po całym dniu zwiedzania. Rodzice za każdym razem dziwili się dlaczego nie mogę się rano dobudzić, skoro tak wcześnie zniknęłam w ciemności pokoju.  Oto kilka powodów dla których warto zarywać noce dla smoków.

                      Pierwsze co przychodzi mi na myśl to rozmach z którym serial jest zrobiony. Obecnie co raz mniej, jednak kiedyś istniało swego rodzaju przekonanie o tym, że serial jest raczej skromniejszy, trochę gorszy jakościowo od filmu pełnometrażowego.  Cóż, „Gra o Tron” bierze ten stereotyp , ucina mu głowę i nabija na pal w King’s Landing. Rozmachem przewyższa niektóre filmy. Technicznie, wszystko jest na najwyższym poziomie. Począwszy od efektów specjalnych takich jak wybuchy, strumienie lejącej się krwi czy smoki, kończąc na samym planie zdjęciowym, bo warto dodać, że dużo tam autentycznych rekwizytów nie tylko czarodziejskiej różdżki grafika. Uwielbiam też stroje bohaterów, szczególnie kobiece suknie i fryzury, które opierają się na wszelkiego rodzaju warkoczach, warkoczykach i innych takich. Włosy Sophie Turner to kolejny cud świata, to z uwag stylistycznych.

                      Jednak, rzeczą którą wielbię w „Grze” najbardziej to postacie. Nie czytałam książek, ale to raczej najbardziej zasługa Martina. Żadna postać nie jest jednoznaczna. Ma swoje dobra i złe strony, wzloty i upadki, momenty w których ją kochamy, a za chwilę momenty kiedy mamy ochotę przemówić jej do rozsądku. Najlepiej przełożyć to na moje odbieranie Starków i Lannisterów. Może to nawet reakcje dużej ilości fanów. Podczas pierwszego sezonu byłam absolutnie zakochana w honorowych i odważnych Starkach, a Lannisterów nie dzierżyłam. Lubiłam tylko Tyriona, bo kto nie lubi Tyriona. Na chwilę obecną nadal uważam, że Lannisterowie to niezbyt honorowy ród, ale mają w sobie coś takiego, co przyciąga widza i sprawia, że błaga o jeszcze jedną scenę z ich udziałem.  Ich przekręty, podstępy i innego rodzaju nieczyste zagrania podgrzewają atmosferę do granic możliwości. Starków kocham nadal, jednak jakby to powiedzieć, jest ich co raz mniej do uwielbiania. Okej, Arya podtrzymuje honor rodu.

                      Co jakiś czas myślę sobie, „No Julia, kto jest twoją ulubioną postacią?”. I wtedy zaczynam toczyć sługą jednoosobową dyskusję z rożnymi częściami mojej osobowości, próbując dojść do porozumienia. Otóż nie da się. Więc kto jest na top liście? Arya. Ubóstwiam fakt, że jest tak inna od swojej siostry, że potrafi dać sobie radę w ekstremalnych sytuacjach, jest piekielnie inteligentna i sprytna. Scenarzyści lubią dawać jej ostanie sceny odcinka, mam na myśli ten z ostatniego jak i w sezonie drugim bodajże, kiedy Straż Królewska chce zabić bękarta Roberta, a ta mówi, że wcześniej zabity przez nich przypadkowy chłopiec jest nim, bo leżał obok niego hełm prawdziwego bękarta. Arya potrafi chłodno kalkulować, ale ma też emocje i okazuje je raz po raz. Byle ją nie zjadła chęć zemsty. Dalej jest Tyrion – jak już mówiłam kto go nie kocha. Karzeł, czarna owca rodziny i jeszcze obwiniany za śmierć matki. Życie uzbroiło go w czarny humor i cięte riposty. I jak każdy Lannister Tyrion jest sprytny i inteligentny. I zawsze jest obok niego Bronn, którego słuchanie przynosi tylko uśmiech na ustach. Cersei i Jamie. Gdyby ktoś mi powiedział na początku pierwszego sezonu, że będę ich zaliczać do tych ulubionych prawdopodobnie uderzyłabym go w twarz i spytała jakim cudem. Ale cóż, są niesamowici.  Cersei za ten chłody stosunek do wszystkiego i niezależność, a serce zaczęło mi mięknąć gdy Jamie był w niewoli. Z zuchwałego rycerzyka, nagle zrobiła się postać tragiczna. I jego relacja z Brieene. Cat i Robb, niechaj starzy i nowi bogowie czuwają nad wami, a tobie Georgu R.R Martnie nie dziękuje za zabicie w taki sposób tak świetnych postaci.  Zakończę bo można by tak w nieskończoność.

                      Z kim mam problem? Z Daenerys. Bo z jednej strony jest postacią tak dynamiczną, jej zmiana od pierwszych odcinków jest niesamowita. Z niewinnego dziewczęcia, kierowanego przez brata (Brawa swoją drogą, dla Harrego Lloyda, za stworzenie takiej postaci. I prawdę mówiąc, miał jedna z najciekawszych śmierci.), zmieniała się na oczach widza w kobietę, która może kolokwialnie mówiąc porwać tłumy i stać się królową. Jednakże, cały czas mam wrażenie, że jej upór i nawet taka pycha, sprowadzą ją na złą drogę. Bo jeśli uda jej się zachować umiar, będzie idealna na Żelaznym Tronie, jeśli nie zdanie panujące o Targaryen’ach zostanie jeszcze bardziej potwierdzone. Czasem odnoszę też wrażenie, że po mino z mani nadal wybija się jej wewnętrzny dziecięcy upór. Mam nadzieje, że się pomylę. Koniec dzisiejszego odcinka „Bardziej przejmuje się sytuacją polityczną w Westeros, niż tym co dzieje się w polityce w moim kraju”. Jon Snow, też mógłby się zdecydować co chce robić. Ile można być sad puppy. Jeszcze to co zrobił Yigrit, zdecyduj się co robisz. Weź życie w swoje ręce. Rozchmurz się. Przestań żyć przeszłością. Już się uspokajam.

                      Samo skonstruowanie powieści jak i serialu. Widz, nie ma jak przewidzieć co się dalej stanie. Przeżyje czy nie, to najczęściej zadawane pytanie fana serialu.  Przyszłość to jedna wielka zagadka, nie czytałam książki (Jeszcze) co sprawia, że zaczynając oglądać odcinek mogę jedynie gdybać i strzelać w ciemno kto umrze. Bo ktoś na pewno. Aktorzy grający w serialu gdy dostaną scenariusz do ręki, pierwsze co robią to przeglądają go z nadzieją, że nikt nie wbije im noża w klatkę piersiową. Sam Martin stwierdził, że trochę mu przykro, że ci młodzi aktorzy będą musieli stracić pracę. Smutno. Jasne. 

       Podsumowując – postacie, scenariusz i zapierające dech w piersiach scenografie, sprawiają, że serial HBO to światowy fenomen, który pochłania bez reszty. Jeśli chodzi o pierwszy odcinek czwartej serii. Bez niespodzianek, bardziej pełni funkcje wprowadzenia do nowego sezonu i ma za zadanie zaostrzyć apetyt na więcej. Już twórcy przed premierą zapowiadali, że co odcinek będziemy mieli do czynienia z niesamowitymi zwrotami akcji i pierwsze dziewięć odcinków nie jest tylko stopniowaniem napięcia do dziesiątego odcinka, który ma nas wbić w fotel, kompletnie załamać i spowodować załamanie nerwowe.  Na najbliższe dziesięć tygodni ubieram futro, przyczepiam miecz do pasa i idę mścić północ, przypominając wszystkim, że zima i tak nadejdzie.

      Podsumowanie dnia wczorajszego. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 kwietnia 2014 18:57
  • wtorek, 01 kwietnia 2014
    • Z rejestru upadków i magii.

      Literki układały się w logiczna całość przy dźwiękach "Keep awake", "London Calling" i "End of all days" 

                      W piątek, praktycznie zasypiając z otwartymi oczami postanowiłam obejrzeć „The Fall”. Na początku tego postu chciałam napisać coś podobnego do klimatu filmu – magiczno-bajkowego, może podnoszącego na duchu, słodko-gorzkiego lekko egzystencjalnego. Jednak, postanowiłam napisać wściekły wstęp, odnoszący się do tytułu filmu. Po angielsku jak już wspomniałam brzmi on „The Fall” – nawet tłumacz google, dobrze przetłumaczy te słowa na „upadek”. Jednak polscy tłumacze, zamiast iść po drodze prostoty i minimalizmu, postanowili nadać filmowi tytuł „Magia uczuć”.  Wiem, że praca tłumacza jest trudna, nie raz sama kiedy mam przetłumaczyć jedno zdanie mam z tym problemy, bo rozumiem jego sens, ale za nic nie mogę oddać w języku polskim intencji angielskiego twórcy. Rozumiem też, że ta praca nie opiera się tylko na suchym tłumaczeniu, ale także czasem zmianie tytuły, aby dopasować go do „polskich warunków”. Ale „Magia uczuć”?! W tym filmie wszystko kręci się wokół upadków, gdyby nie upadki dwójki  głównych bohaterów, nigdy nie spotkaliby się oni w szpitalu i film by nie zaistniał. Upadki mają też sens metaforyczny. Jedyną „Magie uczuć” jaką doświadczyłam podczas seansu, to rollercoaster emocji i owszem to było magiczne, kiedy uświadamiasz sobie jak wielki rozstrój emocjonalny możesz przeżyć w dwie godziny, szczególnie kiedy emocjonalnie jest ci bliżej do Grincha.  Już. Koniec.



                  Główna bohaterką „The Fall” jest Alexandria – pięciolatka, córka imigrantów (prawdopodobnie ze wschodu Europy). Akcja dzieje się w Los Angeles w 1915 roku. Mała spada z drabiny, zbierając pomarańcze. Błąkając się po korytarzach szpitala ze złamaną ręką  spotyka Roya – kaskadera, który miał wypadek na planie i jest sparaliżowany od pasa w dół. Mężczyzna woła dziewczynkę i mówi jej, że jej imię pochodzi o imienia Alexandra Wielkiego. Opowiada jego historię, a następnego dnia zaczyna kolejną – o Niebieskim Bandycie i jego przygodach.


      Patrzę i nie mogę się napatrzeć.


                  Oprócz zachęcających słów Zwierza Popkulturalnego o grze aktorskiej Lee Pace’a w tym filmie przyciągnęły mnie do niego kadry z filmu (którymi wpis jest ilustrowany). Na kadr z Lee, który składa przysięgę i ma palce umoczone w krwi mogłabym patrzeć cały dzień. Na szczęście ich cudowność, nie ograniczyła się tylko do zdjęć na tumblr, tylko zachwycała tak samo w filmie. Dziejące się głowach Roya i Alexandrii zdjęcia, są soczyste co najmniej tak jak pomarańcze zrywane przez dziewczynę. Paleta kolorów, wykorzystana w scenach z ich opowieści, jest dużo szersza i jaśniejsza niż w równoległych scenach ze szpitala – tam wszystko utrzymane jest w kolorach białej szarości szpitalnej, jednak okraszona odrobina kalifornijskiego słońca. Zresztą cała strona wizualna filmu zapiera dech w piersiach. Ekipa filmowa odwiedziła dwadzieścia osiem krajów, aby znaleźć idealne lokacje. Sam reżyser utrzymuje, że wszystkie sceny były kręcone bez użycia efektów specjalnych. Ot, taki zdolny.


      Bez efektów specjalnych, powiadasz.

                  Jak wspomniałam, zabrałam się do filmu, bo podobno Lee zagrał tam rolę życia. Ni i zagrał. Sportretował Roya idealnie. Emocjonalnie rozwalony młody kaskader zaprzyjaźnia się z początku z Alexandria tylko po to, aby zdobić tabletki morfiny, które uśmierzą jego ból i pozwolą zasnąć na wieki. Po mimo swojego egoizmu żywiłam do niego sympatię. Roy nie chcę się zabić tylko i wyłącznie dlatego, że leży w szpitalu i nie ma czucia w nogach – jest głównie załamany faktem, że rzuciła go dziewczyna. Rozbitek życiowy z uczuciami to chyba bohater do którego prędzej czy później odczuwamy sympatię. Praca Pace’a nie była łatwa dlatego, że Roy w filmie ma kilka twarzy – kochanego starszego brata tworzącym opowieść dla siostry, skupionego na osiągnięciu celu mężczyzny, furiata jak i jak sam się opisuje, tchórza i kłamcy. Końcowa scena została zagrana fantastycznie (ze strony i aktorskiej i scenariuszowej, ale o tym za chwilę). Płaczący, dręczony wyrzutami sumienia Roy, poruszył moje serce i sprawił, że sama uroniłam kilka łez. Jest i druga strona medalu – Niebieski Bandyta, grany także przez Lee. Jest jakby innym Roy’em, może tym który znajduje się głęboko w jego wrażliwej duszy. A z rejestru uwag czysto wizualnych – wybranie Lee do tej roli, było strzałem w dziesiątkę reżysera – nie ukrywajmy Lee jest przystojny, idealny i ma coś co potrzebne jest każdemu kto opowiada bajkę. Niesamowity głos, którego chce się słuchać, nawet jeśli miałby czytać instrukcję obsługi pralki.


      Lovely.

                  Jest i Alexandria, grana przez rumunkę Catincie Untaru. Jej filmografia na IMDb podaje, że zagrała jeszcze w dwóch filmach, szkoda bo w „The Fall” pokazała szczyt możliwości aktorskich. Stworzyła z Lee duet niezwykle wiarygodny, którego od pierwszego spotkania zaczyna łączyć niesamowita więź i pewnego rodzaju wzajemne porozumienie. Sceny w szpitalu były grane w kolejności chronologicznej co było rozwiązaniem świetnym – dziewczynka na początku ledwo znała angielski, uczyła się go na planie filmowym co jeszcze bardziej uwiarygodniło jej rolę. Zawsze zastanawia mnie ile jest gry aktorskiej w grze dziecka. Dorosły przeczyta scenariusz, poukłada w głowie, przeniesie jakieś wzorce na ekran. A dziecko? Wydaje mi się, że niektóre mają tą niesamowitą wrażliwość i naprawdę bawią się tym co robią. Może chodzi tu o jakiś rodzaj empatii, to, że przed dzieckiem nie ukryjesz emocji. Czyli większość aktorów ma empatię dziecka? Tak czy owak, chętnie znalazłabym Catincie i powiedziała jej jak bardzo niesamowitą kreację aktorską stworzyła. A refleksa o dzieciach na planie narodziła się po przeczytaniu na tumblr, że Danny Lloyd, grający w „Lśnieniu” nie miał pojęcia, że gra w horrorze . Chciałabym zobaczyć jego reakcję kiedy uświadomił sobie, że ten miły pan Jack, może być tak psychopatyczny.



                  Roy opowiada historię. Mogłoby się wydawać, że to nic, wiele filmów to „historia w historii”, lub wiele wątków przepełnionych retrospekcjami. Otóż w „The Fall” wyjątkowe jest to, że przygody Niebieskiego Bandyty i innych są nie tyle dopełnieniem głównego wątku, czymś co ma go ubarwić czy urozmaicić, ale równolegle prowadzoną taką samą historią, opowiedzianą tylko w inny sposób. Fragment gdy Niebieski Bandyta słabnie, bo Roy wziął zabójczą dawkę morfiny lub ostatnia scena kiedy Roy, konstruując opowieść dla Alexandrii podejmuje decyzję o swoim być albo nie być. O tym czy ma zamiar kiedykolwiek powstać i tchnąć w siebie trochę życia czy leżeć tak bez nadziei, prowadząc coś bliższemu pół życiu. W ogóle rozłożenie akcji w filmie jest świetne – opowieść się toczy, trzyma cię w napięciu są wzloty i upadki, aż do końcowej sceny, która wzrusza jest przeładowana emocjami. I samo zakończenie, które jest świetną klamrą narracyjną. I jeszcze scena która dzieje się w głowie Alexandrii która prawdopodobnie leży w śpiączce po upadku. Jest absolutnie fantastyczna. Wejście do głowy dziecka, które jest nieprzytomne pokazanie myśli, kiedy nie jest się w stanie nic światu przekazać. W dodatku jest surrealistyczna co łączy się z plakatem filmu, opartym na obrazie "Twarz Mae West" autorstwa najpopularniejszego surrealisty świata Salvadora Dalego.



              Nie ukrywam, gdy zobaczyłam nazwisko Jonze i Fincher stwierdziłam, że może być naaaaprawde ciekawie.   


      Główną osią, jak już wspominałam jest opowieść Roya, którą z sekundy na sekundę autorką jest także Alexandria. Kiedy ten chce uśmiercić Niebieskiego Bandytę, dziewczynka protestuje, ten odpowiada, że to jego opowieść, a ona, że jej także. Scena zapadła mi w pamięci i nie opuści prawdopodobnie na długo. Bo jak bardzo słowa Alexandrii są prawdziwe? Czytając książkę, oglądając film czy serial z biegiem czasu co raz mniej stajemy się biernymi odbiorcami, tylko częściami opowieści. Ile razy krzyczymy na bohatera co ma zrobić, przeklinamy scenarzystę co zrobiła naszemu ulubionemu charakterowi. Jeśli historia na nas oddziałuje jesteśmy jej integralną częścią. Oczywistym jest fakt, że książka/film/serial/etc. może rozśmieszyć, wzruszyć czy doprowadzić do wściekłości nie tylko przez czas trwania czytania czy oglądania, ale i oddziaływać długo po. Ja na przykład, często zaczynam się zachowywać jak główny bohater – interesujące, ale lepiej panować nad sobą po takim „Hannibalu”.


      A na zdjęcie napatrzeć nie mogę się do teraz.


                  Może to i film o dziecięcej wrażliwości i wyobraźni? W sumie tylko trzy postacie są tak obdarzone wyobraźnią – Roy, Alexandria i starszy pan leżący na oddziale z Roy’em. Cechą typową dziecięcą jest wybieranie postaci z życia codziennego, umieszczanie ich w swoim wymyślonym świcie i robienie z nich tego czego się chce.  Kto nigdy nie wyobrażał sobie morderstwa na wrednym koledze czy jakimś nauczycielem niech pierwszy kamieniem rzuci. Swoją drogą, zostało naukowo udowodnione, że takie zajęcia to dobre ćwiczenie umysłowe. Szkoda tylko, że przez jednego niestabilnego emocjonalnie detektywa londyńskiego.  A jeśli chodzi o dziecięcą wyobraźnie, powinna ona być nie tylko dziecięca i zostać tylko wyobraźnią i być z człowiekiem całe życie. Myślę, że Roy nie mógł się pozbierać dlatego, że był dzieckiem w skórze dorosłego. Końcowe sceny kiedy mówi o umieraniu i określa się mianem tchórza i kłamcy, pokazują jego bezsilność i bezradność wobec tego kim jest. Ugh, dlaczego ona go rzuciła!? 

       


       

       W jednej recenzji (bodajże „Chicago Triubune”) przeczytałam świetne zdanie opisujące ten film „It’s beautiful for own sake”. Nie ma go co porównywać z innymi, posiada swój unikalny klimat i magię. Może nawet uczuć. Chętnie obejrzałabym więcej filmów w stylu, jeśli znacie to powiedzcie. Jak już podkreślałam kiedyś – uwielbiam kiedy fantazja współgra z codziennością, a nawet przenika w nią trochę, dodaje koloru i lubi w niej namieszać.

       

      Z innej beczki

      Sponsorem bloga powinien zostać chyba Lee, bo piszę o nim nadzwyczaj często.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Z rejestru upadków i magii. ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 kwietnia 2014 16:59
  • wtorek, 25 marca 2014
    • Kilka słów o kuchni nietypowej

            

       Literki układały się przy wielu dźwiękach.


                      Drugi sezon „Hannibala” trwa w najlepsze od czterech tygodni. Od czterech tygodni także, mój nastrój jest w bardzo niepewnych rękach. Oglądanie serialu na bieżąco, wiedząc, że raz na tydzień dostaniesz 45 minutową, wykalkulowaną dawkę leku (może bardziej narkotyku) wprawia w skrajne stany emocjonalne – przez smutek, apatię i odrzucanie jakiejkolwiek pomocnej ręki, po radość dzień przed, kiedy w połowie zajęć lekcyjnych uśmiechasz się jak maniak do kolegów z klasy jawnie mówiąc o gotowaniu ludzi, a ich jedyna reakcją są krzyki „Ale to jest serial o kanibalu!”, a twoją linią obrony są słowa „Są też pieski, ładne garnitury i dobre jedzenie (nie próbowałam i nie chcę, ale wygląda nieźle)”. W rzeczywistości linia obrony jest bardziej rozbudowana, naprawdę mocna i jej jedynym wrogiem może być oglądalność. Ale o tym na końcu. Spoilery jak stąd do Gallifrey.

       

       

       

                      Więc pierwszy sezon był genialny pod wieloma względami. Właściwie pod wszystkimi względami. Zdjęciowo, ze względu na paletę kolorów wykorzystywanych w serialu, wszystkie delikatnie przygaszone, okraszone odrobiną szarości. Same ujęcia też były niesamowite, tylko nadawały całej formule niepokoju i schizofreniczności. Scenariuszowo, wszystko składało się jedną, spójną całość. Kanibalistyczne żarciki i praktyczne przyznawanie się Hannibala w każdym odcinku do jedzenia ludzi, tylko podnoszą temperaturę i stwarzają sytuację w której siedzimy, bujając się na własnym fotelu szepczemy „Jak możecie być tak ślepi i głupi.”. I oczywiście aktorstwo, Hugh Dancy który stał się moim bogiem, portretując Willa, który jest postacią piekielnie trudna do zagrania no i Mads Mikklesen który cóż, wystarczy, że wejdzie w kard i już czuję ten niepokój. Chodzący dowód na to, że minimalizm w sposobie grania też się często sprawdza. A oto, kilka nowych rzeczy które mnie zachwyciły i kilka starych które utwierdziły mnie tylko w wielu przekonaniach.

       

       

      Draw me like one o your french girls, Will. 

       

      Muzyka – chyba byłam głucha przez pierwszy sezon bo jej nie zauważałam. Słyszałam. Ale jest i to genialna, tworzy tyle niepokojącego nastroju, a w niektórych scenach właściwie tworzy go całkowicie, kiedy to kamera wolno pokazuje nam puste wnętrze, czy bohaterów w spokojnych sytuacjach, to ja tylko siedzę i powtarzam w myślach „Zaraz coś się stanie, zaraz co- O MÓJ BOŻE”. Choćby w scenie z drugiego odcinka, kiedy Hannibal wchodził do tego czegoś na zboże w Stanach – domyślałam się co tam będzie, ale muzyka, a właściwie to bardziej fonie, schizofreniczne dźwięki, jakby piski, odgłosy grania na kieliszkach czy tego rysowania ostrym narzędziem po blasze czy tablicy podsyciły tylko mój niepokój, właściwie doprowadzając go na skraj wytrzymałości. Jest nawet dobrana specjalnie do napisów, co zawsze daje te kilkadziesiąt sekund na pierwsze po odcinkowe emocje. W ogóle lubię, kiedy twórcy nie traktują napisów końcowych jak coś do odklepania. Jak w „Grze o Tron”, najbardziej podobały mi się napisy po „Blackwater” i „Rains of Castamere” które stworzyły ten klimacik po bitwie. I cisza po „Red Wedding” która miała chyba pozwolić usłyszeć nam jeszcze lepiej nasze gorzkie chlipanie.

       

      W skali od jeden do dziesięć jak bardzo biedny jesteś? – Will Graham. Will jest na obecną chwilę na szczycie mojej listy „Filmowo-serialowi bohaterowie którzy zasługują na kocyk, herbatkę i odzyskanie swojego Winstona”. Poziom jego biedności rośnie z odcinka na odcinek i boję się, że w głowie Fullera nie ma dla tej biedności granicy. I Will mógłby być takim sobie biednym, zbitym oszukanym przez swojego pseudo najlepszego przyjaciela krecikiem i wtedy byłby nudny. Ale Will umie wejść w umysł mordercy. Seryjnego mordercy. Psychopaty, co prędzej czy później musi mieć konsekwencje na jego psychice. Uwielbiam te momenty w których zamyka oczy i wchodzi w umysł mordercy i na te kilka chwil zupełnie zmieniamy nasze nastawienie do niego (swoją drogą, uwielbiam „This is my design” i jak usłyszałam je po raz pierwszy po tak długiej przerwie uśmiechałam się przez 5 minut).  Przy czym Will, jak było to podkreślane w trzecim odcinku jest piekielnie inteligentny, co mam nadzieje będzie co raz bardziej podkreślane przez resztę sezonu.

      Ostatnią scenę pierwszego sezonu traktowałam jako zapowiedź czegoś, czego nie widzieliśmy w Willu, czyli wyrachowania i szaleństwa które może zaprowadzić go na krawędź przepaści z której może albo spaść, albo oddać się w ręce goniącego pościgu i zakończyć swoją historię. Gama emocji Którą pokazuje Hugh Dancy jest niesamowita, ale nie oderwana od tej postaci, wszystko układa się w całość tworząc niesamowicie ciekawą postać, którą z jednej strony chcesz poznać, a z drugiej obserwować zza szyby.  

       


       

      Kąty proste szczęki Madsa Mikkelsena – jeśli pewnego pięknego dnia, obudziłabym się, zajrzała w poranną prasę i zobaczyła plotki „Mads Mikklesen jest kanibalem”, nie zdziwiłabym się. To co ten człowiek robi na ekranie jest niesamowite. Gra aktorska w połączeniu ze sposobem jakim postać Hannibala jest napisana powala na kolana. Drobne gesty Hannibala, trochę nonszalancja, ale jednak klasa i elegancja tworzą wokół postaci otoczkę niepewności, strachu, ale z drugiej strony – ciekawość widza. Kiedy doktor mówi o tym jak bardzo Will jest jego najlepszym przyjacielem, zwijam się w konwulsjach przed ekranem laptopa i krzyczę „Facet, zdecyduj się!”. Nie wiem czy moje stanowisko jest dobre czy nie, czy jest to spowodowane przez to, że serial to mój pierwszy kontakt z najsłynniejszym kanibalem świata (O „Milczeniu Owiec” zawsze słyszałam, jakieś sceny widziałam, ale nigdy mnie do filmu nie ciągnęło, nigdy nie byłam fanką włączania filmu tylko po to, aby się bać.), ale mam wrażenie, że słowa Hannibala nie są do końca nieszczere, że naprawdę żywi do Willa sympatię. Nawet nie sympatię, tylko jest (w swoich oczach) jego prawdziwym przyjacielem. Ale w takim razie dlaczego, podrzuca mu uszy i tak mąci w głowie… Czy to uczucia, czy chęć samego „posiadania”? Uzależnił się od adrenaliny i nie może przestać zabijać ludzi? Ugh, Hannibal, jeśli miałabym pisać pracę magisterską z psychiatrii opisałabym psychopatów w popkulturze, ty miałbyś miejsce szczególne. I Jim Moriarty.

       

      Jasne.

      Drugi plan, nie taki drugi – ekipa patologów, czyli Beverly Katz, Brian Zeller i Jimmy Price, byli cudowni w pierwszym sezonie. W drugim sezonie są jeszcze bardziej cudowni. Zeller i Price to moja ulubiona para w tym serialu, dopełniają się niesamowicie i tworzą tak bardzo potrzebne w tym serialu momenty w którym widz zaczyna szczerze się uśmiechać lub nawet śmiać. Przy takiej ilości patosu, mroku i atmosfery strachu potrzebne nam te kilka sekund wytchnienia. Jest i Katz, jedna z najlepiej napisanych kobiet – taka oto normalna kobieta która jest inteligentna, zabawna, ma uczucia, nie jest idealna i powątpiewa. Tak się o nią boję, ja wiem, czasem trzeba ponieść ofiary, dla wyższego dobra, dla dobra fabuły, ale nie uśmiercajcie jej! Nie wytrzymam do soboty.

                      Jest i Jack i Bella. Jack taki twardy policjant, trochę furiat, ale w relacji z żoną łagodnieje i jakoś naprawdę mam ochotę odprawić ich do Włoch, żeby tam razem bezpiecznie jedli makaron bez obawy, że zawiera śladowe ilości ludzi.  Bella jest też świetna postacią, jedyne co mogę jej zarzucić to fakt, że nie uderzyła Hannibala mocnej.

                      Warto napomknąć jeszcze o prawniku Grahama, który jest cudownie zagrany i napisany (jak chyba wszystko w tym serialu), też wprowadza element komiczny i ogromne dawki ironii. Dr. Frederik, nie mogę doczekać się jak rozwinie się jego wątek, wydaję się bohaterem który na pierwszym miejscu stawia swoje interesy i woli wybrać układ który będzie dla niego nie tyle korzystniejszy, ale bardziej interesujący w sposobie w którym może go rozegrać. I Belinda, grana przez genialna Gillian Anderson. Kidy otwarcie oznajmiła Hannibalowi, że nie ma zamiaru dłużej być w tym układzie, modliłam się do wszystkich bogów, żeby Lecter jej nie zjadał, taka genialna postać, równie zagadkowa jak nasz kanibal, błagam o długie życie dla bohaterki.

       

                      Pisane comic sansemfandom „Hannibala” należy zdecydowanie do kategorii ciekawych przypadków. Serial jest śmiertelnie poważny. Pełen patosu z nielicznymi momentami rozluźnienia atmosfery, do tego brutalne morderstwa przedstawione bez żadnej cenzury i wszechobecne szaleństwo postaci. Mogłoby się wydawać, że fandom jest pełen snobistycznych nudziarzy, nie potrafiących z czystym sumieniem przyznać „Tak, Hannnibal Lecter to dupek”. Swaggity swag that’s surprise! Fannibals, to najzabawniejsza grupa fanów, jaka przytrafiła się internetowi. Pojawili się znikąd, zostali przyjęci do szeregu bez cienia sprzeciwu (Zresztą bym się nie sprzeciwiała, niby mili, ale w końcu oglądają serial o kanibalu i się z tego cieszą) A co ma do tego najinfantylniejsza czcionka programu word? Fandom słhynie z przeróbek - scena z odcinka, dopiski comic sansem, które najczęściej są najbardziej rzeczywistym opisem sytuacji. Bo ile razy Hannibal może im mówić wprost, że to co jedzą jest doradcą ubezpieczeniowym, a nie cielęciną?

      W sprawie interakcji fani-twórcy, powtórzę to o czym pisałam w poście o „Pushing Daisies”. Bryan Fuller i cała ekipa serialu, to odpowiedni ludzie na odpowiednim miejscu, swoją pracę wykonują najlepiej jak się da.  Na dobrą sprawę Fuller i spółka mogli by stwierdzić „Hej, ludzie psujecie mi koncepcje serialu!”. Nie robi tego, co więcej zabiera wianki na plan zdjęciowy i wsadza je na głowę aktorom, czy jedzie na Comic Con z mnóstwem gadżetów i sercem otwartym na wszystkie rozmowy z fanami. W sprawie pana Fullera zawsze będzie mnie fascynować fakt, że ten sam człowiek stworzył kolorowo-bajkowe „Pushing Daisies” i serial o kanibalu. Mniej więcej tak samo jak Ryan Murphy stworzył wesołe i rozśpiewane „Glee” oraz ucieleśnienie strachów świata „American Horror Story”.

         

       

      Co do wspomnianej oglądalności zapraszam tu - oficjalna strona NBC gdzie odcinki są krótko/zaraz po premierze w telewizji. W świetnej jakości z angielskimi napisami. Oglądanie na tej stronie zalicza się do oficjalnej liczby widzów, a chyba każdemu fanu zależy na jej dużej liczbie, bo chyba nie chce zakończenia emisji. Musielibyśmy zjeść wtedy zarząd NBC.

      A oto mój ulubiony hannibalowy post - http://battleofjericho.tumblr.com/post/80683155268/pati79-arubajamaicas-a-mans-best-friend-i

       

      Z innej beczki.

       

      Lee Pace ma urodziny - życzymy mu wszystkiego najlepszego i więcej ról królów elfów. 

       

       Jeśli posiadasz tumblr, czytelniku zapraszam - http://battleofjericho.tumblr.com/

       

       No i Wszystkiego Najlepszego z Okazji Interenetowego Dnia Życzliwości! Uśmiechajcie się i bądźcie mili, Hannibal je tylko niegrzecznych! :) 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 marca 2014 16:55
  • niedziela, 23 marca 2014
    • Przewodnik po Londynie Pod + Tydzień Geeka

       

      Jestem istotą czytającą. Co jakiś czas zdarza mi się znaleźć jakąś ciekawą pozycję książkową i rozpocząć dziwny rytuał czytania. Wtedy robię ulubiona herbatkę (ewentualnie kawkę, uhu prawdziwy humanista i niewyspany licealista), szukam najodpowiedniejszej muzyki która podkreśli klimat i w bólach i mękach szukam Tej Jedynej Najwygodniejszej Pozycji Do Czytania Która Nie Spowoduje Że Mój Kręgosłup Zupełnie Straci Właściwości Kręgosłupa. Co zazwyczaj kończy się śmiechem ze strony mamusi i efektem tak zwanego sitting like a whore (poleca Tom Hiddleston) Książka czasem wciąga, czasem nie, co nie oznacza, że jej czytanie ma być przerwane w połowie. I nie wiem czy to efekt książki, czy tego, że moje odbieranie wszelakich tekstów kultury, bardzo zmieniło się przez ten rok, ze względu na przynależność do około 10 fandomów co wiąże się z zupełnym rozstrojem emocjonalnym, ale pierwszy raz, na końcu książki machałam rękami. W tym opętańczym geście znanym każdej fangirl. A książka która wywołała we mnie tą reakcje jest Nigdziebądź napisana przez Szanownego Pana Neila Gaimana, który wchodzi na listę tych, którzy zasługują na ołtarzyk.

       

      Ekipa radiowego

      Ekipa radiowego "Neverwhere".

                      Z refleksji od czapy – wiecie jak trudno dostać tą książkę stacjonarnie? Żaden Empik w okolicy Poznania go nie miał, a strona internetowa mówiła tylko produkt niedostępny. Z moich doświadczeń wyszedł nawet pomysł na grę Podając jeden tytuł książki, doprowadź sprzedawcę do szczytu zakłopotania. Kiedy spytałam się sprzedawczyni w Empiku o to czy nie maja Nigdziebądź spojrzała najpierw na mnie, a potem z rezygnacją wpisała nazwę do komputera. Odważnie sama spróbowała zmierzyć się z wyzwaniem nazwy, co skończyło się klęską i dramatycznym pytaniem „Jak to się pisze?”. A gdy kiedyś chciałam dorwać kolejną część CHERUBA, spytałam się w informacji o dostępność tej książki, to sprzedawczyni spojrzała na mnie z przerażeniem i powiedziała, czy mogę przeliterować, a potem ja z przerażeniem spojrzałam się na nią myśląc „Ale ja nie umiem”

                      Wprowadzenie. Nigdziebądź to książka, o typowym 30 latku Richardzie Mayhew, który właśnie ma się przeprowadzić do Londynu, bo dostał tam pracę w dużej firmie ubezpieczeniowej. Poznajemy go na imprezie pożegnalnej z której wychodzi bo ma wątpliwości (jakby nie patrzeć to 80% książki to wątpliwości Richarda) czy robi dobrze, czy jego życie będzie lepsze. Wtedy podchodzi do niego staruszka, która oferuje mu wróżbę. „Czeka cię długa podróż i strzeż się drzwi”. Faktycznie, do Londynu jest kawałek, ale o co u licha chodzi z tymi drzwiami. Mijają trzy lata. Główny bohater zadomowił się, niewiele się zmienił i ma narzeczoną Jessice. Życie idealne. Do czasu. Kiedy Richard idzie ze swoją wybranką serca na kolacje do ekskluzywnej restauracji, na ulicy dostrzega zakrwawiona dziewczynę. W odruchu dobrego serca pomaga jej i zabiera ją do swojego mieszkania, ku niezadowoleniu swojej miłości (i dobrze jej tak). Dziewczyna w zadziwiająco szybkim tempie zdrowieje, ma na imię Drzwi, a pochodzi z Londynu Pod. Podczas kolejnej fali dobroci Richard postanawia odnaleźć w tym właśnie Londynie jej przyjaciela, aby mogła wrócić do domu. Wszystko kończy się dobrze, Drzwi wraca do Londynu Pod, narzeczona Richarda rzuca go, a on sam zaczyna znikać. I tu zaczyna się zabawa.

                      Czym ujęła mnie ta powieść? Zestawieniem normalnego życia z zupełnie nienormalnym życiem Pod. Uwielbiam książki w których rzeczywistość zazębia się z fantazja, żyje obok niej. Gaiman tak fantastycznie napisał Londyn Pod, że mamy wrażenie, że naprawdę tam gdzieś w tunelach metra toczy się żywot innych ludzi. Niesamowity jest także pomysł nazywania bohaterów stacjami londyńskiego metra. Mamy Starego Baileya (Old Bailey), Earl’s Court… Interesujące jest cały system nazywania postaci – mamy Drzwi, Markiza, Barona, Łowczynie, czy Pana Vandemara i Pana Croupa. Londyn Pod  nie istnieje  jedynie w metrze, ale także na dachach, współpracuje z bezdomnymi (jak być bezdomnym to w Londynie, albo trafisz na Markiza de Carabas, albo do homeless network). Autor wszystko opisuje bardzo sugestywnie, czujemy smród Plemienia Kanalarzy czy cudowny zapach curry z Ruchomego Targu. Gaiman nie stworzył typowego fantasy, tylko mieszankę fantasy, urban legends i baśni. I trzeba przyznać, że to działa.

                      Na moje ulubione postaci wyrosło trzech osobników Pan Vandemar i Pan Croup – chociaż oni tworzą praktycznie jedność. Tych dwóch panów to para płatnych morderców, którzy specjalizują się w wyjątkowo wymyślnych sposobach morderstw. Jeden mały, drugi większy, jeden grubszy, drugi chudszy, ale oboje w czarnych staromodnych garniturach i przetłuszczonych włosach. Panowie Croup i Vandemar, są jak na czarne sadystyczne charaktery przystało najzabawniejsi. W ten cudowny ironiczno-sarkastyczno-makabryczny sposób. Jednak po mimo tego całego bycia złym, wydaję mi się, że są do siebie bardzo przywiązani, co autor zaznacza zawsze przedstawiając te dwie postaci razem. Co podkreśla też ostatnia scena z ich udziałem. Pa, pa pana Vandemara, było jakby to powiedzieć, na pewien sposób rozczulające. Drugą postacią jest Markiz de Carabas. Do końca książki nie wiadomo po czyjej jest stronie, jest również niesamowicie ironiczny, dlatego też sceny z Naszymi Najukochańszymi Płatnymi Mordercami wychodzą najlepiej. Cały czas uważa Richarda, tylko z kule u nogi, która opóźnia cała misję i prawdę mówiąc jego nastawienie nie zmienia się zbytnio przez cały tok trwania akcji. Ale na pewno zyskuje szacunek dla niego. Może nawet trochę tęskni. Richard też zasługuje na uwagę – po mino wszystkiego nadal pozostaje sobą. Nie jest bohaterem który rzuca się  w nieznane, jest zagubioną owieczką, ma moment świetności i nagle staje się kimś zupełnie innym. Owszem przechodzi znaczącą zmianę, ale nie jest to postać, która zupełnie odrzuca swoja przeszłość.

                      W ogóle cała książka jest o zmianach – czego chcemy naprawdę, a co jest może tylko naszym przyzwyczajeniem, które boimy się zmienić bo tak jest łatwiej. Nigdy w życiu nie czytałam ostatnich stron książki z takim podekscytowaniem i tak ogromnym strachem czy wszystko dobrze się ułoży, czy bohaterowie będą szczęśliwi. Z pełnym napięciem wyczuwałam pod palcami zmniejszająca się grubość stron, a w mojej głowie rodziło się tylko więcej pytań. Pytań, na które odpowiedzi nie znalazłam. Może, na to jedno podstawowe. Książka pozostawia niedosyt. Ale ten pozytywny, dzięki któremu mamy ochotę wdrapać się na najbliższy dach i krzyczeć chcę więcej.

                      Jak trafiłam na książkę? Otóż, już dawno docierały do mnie fragmenty twórczości Neila Gaimana – moja koleżanka z klasy przedstawiała w podstawówce Koralinę ale jakoś nigdy fabuła tej książki mnie nie interesowała, czy nawet przebitki filmu nie przemawiały do mnie. Nieświadomie znałam go z coświątecznego seansu Gwiezdnego pyłu serwowanego przez TVN. I obok Love Acually jest to moja ulubiona pozycja świąteczna, zawsze podobał mi się klimat tej produkcji, jego baśniowość i dawka fanazji. I Roberta De Niro. Mówcie co chcecie o jego roli w Ojcu Chrzestnym to rola pirata była rolą życia tego faceta.  Kolejnym odkryciem który był kamieniem milowym stał się doo wee ooo Doctor Who. Pan Gaiman, napisał jedne z moich ulubionych odcinków The Doctor’s Wife i Nightmare in Silver. W obecnej chwili zdaje sobie sprawę, jak bardzo te odcinki są dla niego charakterystyczne (Dom, Wujaszek, Owsianka, gadająca TARDIS) i gdybym znała go wcześniej, myślałabym jak bardzo są w jego stylu. A potem sprawdziła to na IMDb i krzyknęła fuckin knew it.

       

             Nigdziebądź, jak już wspomniałam pozostawia niedosyt i chęć obcowania z większą ilością jego twórczości. Jest na to sposób. Więcej książek –  mam nadzieje w wolnej chwili (hm, może po śmierci?) na Księgę Cmentarną i Gwiezdny pył.I jestem w trakcie Amerykańskich Bogów, im dłużej to czytam, tym bardziej mam wrażenie, że książka nie jest tylko i wyłącznie podróżą Cienia, ale i autora, a co najważniejsze czytelnika.  Kolejne pocieszenie to serial BBC powstały w 1996, czyli chwilę po wydaniu książki, (na planie był sam Neil Gaiman, co brzmi pocieszająco). Cichutko na zachętę dodam, że Anioła Isilgtona gra Peter Capaldi. A następnym pocieszeniem jest kolejny produkt BBC – słuchowisko radiowe z początku tego roku. Tam w role Richarda wciela się James McAvoy - proponuje petycję, żeby w ekranizacji grał on tego bohatera, pasuje idealnie z głosem, przystojnością i wyrazem zbitego krecika. Natalie Dormer jako Drzwi, idealna blondynka z nietypową, elficką urodą, pod warstwą ubrań odda jej charakter, bez większego problemu. Anioł Isilgton, to Benedict Cumberbatch. Ohh. Chyba nie muszę nic dodawać.

       

      Z innej beczki

       

      W czwartek byłam na "Coriolanusie". Ten miły moment w którym idziesz na jakiś film/spektakl dla aktora, a wychodzisz z ogromną ochotą przeczytania całego dorobku Williama Shakespeer'a. Zachwyca po pierwsze minimalizmem, nie ma tu prawie scenografii, tylko drabina i krzesła przy murze na którym pokazywane są hasła wypowiadane przez bohaterów i graffiti, mówiące o ludzie pragnącym niskich cen zboża. Po drugie, zachwyt wywołuje gra aktorska. Tom spisał się świetnie, portretując Koriolana - przywódcę, żołnierza, który jednocześnie jest tym "chłopczykiem" jak nazywa go Aufidiusz. Mark Gatiss, gra także niesamowicie, mocno trzymam kciuki, aby otrzymał Olivier Award za tą rolę. Gatiss to człowiek który idealnie łączy dramatyzm postaci z jej humorem. Zdecydowanie wkładam go do zakładki "ludzi których nie lubimy bo są zbyt utalentowani.

       

      I był Pyrkon. W sobotę bawiłam w koszulce Sherlocka, w niedziele w błękitnej koszuli i kartonowym fezie. Było świetnie. Lubię takie spotkania ludzi którzy mają takie same zainteresowania i formułę która rozluźnia atmosferę i pozwala powiedzieć zupełnie nieznajomemu chłopakowi powiedzieć ci "Smacznego, do zobaczenia na następnym konwencie!". Największą atrakcją było dla mnie patrzenie na cosplay'e. Chyle czoło przed wami, każdy był cudowny (odnotowałam największą ilość Jedenastych Doctorów). Zazdroszczę i myślę co mogłabym założyć na następny Pyrkon. Zostało 363 dni, a ja toczę dyskusję czy FemLock czy Dziesiąty Doctor. Swoją drogą, pozdrawiam dwóch Dziesiątych z którymi mam zdjęcie!

       

      A "Hannibal" co raz smaczniejszy. Może w końcu napiszę o nim na półmetek drugiego sezonu.

       

        Będę chwalić się nimi na ulicach Poznania. Pozwalam na zagadywanie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 marca 2014 18:48
  • poniedziałek, 17 marca 2014
    • NO CAPES! Czyli słów kilka o strojach superbohaterów

                   

                Litery układały się w zdania przy dźwiękach The Rolling Stones – Symphaty for the Devil oraz Holding out for a hero (czemu ja słucham piosenki ze Sherka). I "Live to Rise".

       

                      Moda nie ogranicza się tylko i wyłącznie do ulic czy szaf szafiarek. Odgrywa także ważną rolę w ratowaniu mieszkańców światowych metropolii.  Szczególnie kiedy metropolię ratuję nie samotny jeździec, a większa grupa, kiedy trzeba się wybić przede wszystkim strojem. Tak więc przed wami nie obiektywny ranking strojów superbohaterów. A przyświecać będzie mu przede wszystkim idea: NO CAPES!

       

       

       

      Iron Man/Tony Stark(a może Robert Downey  Jr???) – zainteresowany sam mówi, że on i zbroja to jedno. W takim razie i zbroja i twórca zbroi prezentują się świetnie. Kolory podkreślają charakter pana Starka. Złoto milionera, czerwień buzującej krwi bohatera gotowego ratować ukochana niewiastę.  Uczestnik dostaje dodatkowe punkty za brak peleryny, oraz stworzenie systemu który ubiera/rozbiera zainteresowanego. Nazywa się Jarvis ma miły głos i usposobienie, na pewno nie jest bezosobową maszyną, a bardziej stworzeniem do którego mówimy „don’t leave me buddy” a potem idziemy kraść poncho drewnianemu Indianinowi.

       

      Bohater i jego zbroja przyjaciel.

       

       

      Capitan America – ten strój! Te paski, te gwiazdy! Aż chce się przeprowadzić krótką dyskusję o honorze, prawdzie i patriotyzmie! Strój pana Rogersa jest przekazem sam w sobie wystarczy stanąć na scenie i już wiadomo co noszący chce nam przekazać. Podnosi morale amerykańskiej armii (a najczęściej jednak jej damskiej części). Dodatkowo niezbędna tarcza, broniąca przed wieloma zagrożeniami (może się przydać jako parasol). Jednakże zbroja bohatera w następnym rozdziale jego przygód maluje się już w ciemniejszych barwach, bardziej poważnych co może dawać nam sygnały o tym, że Steve będzie musiał mierzyć się z większymi zagrożeniami. Stary, pospałeś 70 lat, teraz rób coś dla Ameryki. Także punkty za brak peleryny.

       

      Poważny strój, poważnego bohatera.

       

      Thor – bohater z Asgardu, którego strój dorównuje śliczności miejsca w którym mieszka. Zbroja z prawdziwego zdarzenia, podkreśla atuty nordyckiego boga. Niestety bohater otrzymuje ujemne punkty za posiadanie krwistoczerwonej peleryny, która stanowi jakieś dopełnienie całości (i nawet wyrasta na zawołanie!). Jednkaże jednoosobowa komisja sędziowska, pragnie dodać Thorowi dodatkowe punkty za urocze warkoczyki i niebieską niebieskość oczu (która kradnie serce donoszą oficjalne źródła). Uwaga! Na tym, się nie kończy, nordycki bóg otrzymuje także punkty za Mjowmeh który jest tak samo zżyty z właścicielem jak Jarvis. Mojowmeh zawsze odnajduje swojego właściciela wystarczy wystawić rękę, gubi się tylko gdy owy właściciel zmienia wymiary jak rękawiczki. Bóg piorunów otrzymuje propozycje otwarcia „Asgardian Fashion Week”. 

       

      Bohater i jego młot

       

      Loki (nie-słyszę-cię-mówiącego-ale-on-zniszczył-pół-manhatanu) – jako pomocnik swojego stylowego brata(przyrodniego, ale zawsze) bóg zabawy musi również odznaczać się wyczuciem stylu. I robi to znakomicie, połączenie czerni, złota i zieleni świetnie współgra z kruczoczarnymi rozczochranymi włosami i wieczną chęcią zawładnięcia tronem Asgardu. Razem ze swoim bratem (przyrodnim) również zostaje poproszony o udział w „Asgardian Fashion Week” Warto wspomnieć o jego hełmie z rogami, dający pole do popisu wielu cosplayerom. Atrybutami Lokiego w wersji pełni chwały jest jego włócznia, w wersji skromniejszej więźnienno-zakładniczej tylko sztylet. Jednak największym atutem Lokiego pozostają jego zdolności zmiany formy i inne magiczne sztuczki. Loki dostaje najwyższą notę w ogólnej punktacji. Jednak, jury nie odejmuje mu punktów za pelerynę, odmawia z dziwnym niebieskim błyskiem w oku…

       

      Long live the king.

       

      Batman – status majątkowy pana Waynea spowodował, że może się on pochwalić jednym z najlepiej zaprojektowanym strojów. Zachwyca on praktycznością i możliwością przymocowania linki tak aby unieść się w górę na jakiś dach czy obecnością modulatora głosu. Albo są to aktorskie zdolności pana Waynea. Tak czy owak, bez tej lekkiej zmiany tembru głosu, myślę drogi panie Wayne, zdobycie zapalnika czy byłoby szybsze. Bane mógł nie zrozumieć co pan mówi. Batman w zanadrzu posiada kilka gadżetów takich jak batmotor (błagam dajcie mi go), batmobile (też na pewno siedzi się w takim milej w korku) i batcopter (o, a w tym korki to nie problem), za co komisja sędziowska zapisuje dodatkowe punkty. Tradycyjnie odejmowane są także punkty za obecność peleryny. Bruce niestety nie może się poskarżyć rodzicom.

       

       

      Superman – komisja sędziowska zamiast przyznać punkty ma przemyślenia.

      Bo widzicie, oglądając losową część supermana, trafiłam na tą część kiedy źli ludzie dają mi krypton i Superman słabnie. I wtedy przypomniało mi się powiedzenie „nie zbroja czyni bohatera”. Bo kiedy widzimy go „w akcji”, odważnie ratującego ludzi, patrzymy na strój i czujemy jego blask  i pewność siebie noszącego. Jednak kiedy Superman, bez mocy był kopany, totalnie bezsilny nie widzimy już bohatera, tylko jakiegoś śmiesznie ubranego człowieczka z majtkami na spodniach.  To co czyni bohatera bohaterem to bardziej jego cechy charakteru czy postawa a nie gwiazdki na zbroi. No chyba, że jesteś Clooneyem przebranym za Batmana. Wtedy jest śmiesznie cały czas.

      Komisja sędziowska się zamyśliła i  nie przyznała żadnych not. Nie zauważyła nawet peleryny.

       

      Spiderman (omawiamy tego „Niesamowitego”) – otóż Spiderman, według jury ma stój świetny. Bez zbędnych zdobień, pleryny(!!) odstających elementów, opływowy idealny do biegania po dachach i fruwania na lince na dużych wysokościach. Jednkażde, Rada Rodziców, chce podkreślić, że strój owszem ładny, ale drogi, a Peter Parker, mógł zostać przy pierwszej jego wersji. Jest zdecydowanie mniej kosztowna i łatwiej ubrać w niego dziecko na bal przedszkolaków czy nawet halloween. Parker, dostaje także specjalny order „Ligi Walczącej Na Rzecz Zrozumienia Konceptu Ukrywania Się Pod Maska”. Jedynym niezadowolonym z ogólnej aprobaty zostaje demoniczna grzywa Tobyego McGuaiera.

       

      A Pan Garfield dostaje zagrodę za urocze nazwisko i twarz.

       

      The Black Widow – Natasha dostaje nagrodę za dopasowanie pięknego czarnego kostiumu do cudownych rudych włosów. Strój w którym ma się ochotę dołożyć kilku złoczyńcom i wyprowadzić w pole nawet Tony’ego Starka i Lokiego.

      Komisja nie wiem co więcej dodać, bo jest pod muszką Hawkeye.

       

      CO SIĘ STAŁO W BUDAPESZCIE!?

       

      Czas na ostatniego uczestnika! Zapraszamy Hulka!

      Cóż…..

                      Ładne spodnie, jury nie wiedziało, że zieleń tak dobrze łączy się z fioletem!

          Niestety Burce Banner zdenerwował się i postanowił zniszczyć ten kawałek Manhatanu, którego nie zniszczył Loki. Oddajemy głos do studia.

       

      Z innej beczki.

      Tym razem trochę inaczej, let me down in the comments (zawsze chciałam to powiedzieć, aaa w sumie napisać) jak wam się podobało :)

      A w czwartek wybieram się na "Coriolanusa". Nie powiem, Multikino zrobiło mi wielką niespodziankę, bo myślałam, że dane będzie mi go zobaczyć za jakieś 2 lata najwcześniej, a tu proszę, hoho święta. 

        I oczywiście Szczęśliwego Dnia Świętego Patryka! (Jeśli jesteś Patrykiem i to czytasz podwójne życzenia!)

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „NO CAPES! Czyli słów kilka o strojach superbohaterów”
      Tagi:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 marca 2014 22:50
  • sobota, 15 marca 2014
    • Rzecz o stokrotkach.

                     

      Literki układały się przy dźwiękach różnych i pytaniach retorycznych „Dlaczego ja słucham timberlake’a?” I "We are Young". 

       

      Na dzień dzisiejszy stan konwencji serialowych jest wiele. Bardzo wiele. Twórcy co raz mniej boją się „szaleć” i wymyślać coś, czego jeszcze nie było. „Dynastia” dla nastolatków, czyli „Gossip Girl” którą najlepiej ogląda się kiedy twój znajomy na bieżąco wysyła ci wiadomości kto jest kim i przede wszystkim z kim jest. Seriale o gotowaniu - konwencjonalne, te po których premierze można wydać książkę kucharską i te niekonwencjonalne, po których książki wydać się nie da, bo kanibalizm nie jest powszechnie aprobowany. Wielowątkowe fantasy w którym wszyscy umierają, czy wszelkie warianty detektywistyczno-kryminalistyczne. I seriale medyczne, po których mamy takie przeszkolenie medyczne, że już możemy kroić kogoś na stole operacyjnym.  Jest i sciene fiction, ale ono było zawsze. A bajka? Bajka połączona z zagadkami kryminalnymi? Bajka połączona z zagadkami kryminalnymi i ciastem? Nawet taki coś urodziło się w czyjeś głowie. I o dziwo jest to ta sama głowa, która wróciła do życia najpopularniejszego kanibala świata. A może do życia wrócił go Ned?

       

                      Mowa o Byanie Fullerze i „Pushing Daisies” opowieści o Nedzie, cukierniku który ma moc przywracania do życia martwych z pomocą dotyku. Nieźle, co? Ale jest haczyk, a właściwie dwa - a)drugie dotknięcie przywraca martwego do świata martwych na zawsze b)denat może być ożywiony maksymalnie na minutę, jeśli chcemy uniknąć kolejnych strat w ludziach.  Ned odkrywa swoje zdolności przez przypadek kiedy umiera jego pies Digby. Dotyka go ponownie i pies żyje razem z nim. Jest jedyną istotą ponownie ożywioną przez Neda. Do czasu. Trochę ponad  19 lat 34 tygodnie jeden dzień i 59 minut później liczba zwiększa się do dwóch – cukiernik ożywia miłość życia – Chuck.


      Młody Ned to chyba typ którego nie sposób nie darzyć sympatią – sympatyczny, trochę zagubiony w sobie, ładny no i ciasta piecze.

                      Na początku chce tylko dodać, że Bryan Fuller wydaje się naprawdę przesympatyczną osobą. Wystarczy przejrzeć jego twittera, lub obejrzeć występ na zeszłorocznym „Nerd HQ”. Jego ubolewanie nad brakiem flower crown, rozdawanie gadżetów z planu (ile ja bym dała za te scenariusze i fartuch z „eat the rude” dla taty) i bezpośrednie, na zasadzie równy z równym podejście do wszystkich zgromadzonych jest przeurocze. Jestem ciekawa jego dalszej kariery, bo jest wszechstronną bestią, która wie co robi i doskonale zdaje sobie sprawę co może spodobać się publice.


      Moment w którym z pasją wyszeptałam (o pierwszej w nocy krzyczeć  nie wypada) „Swaggity Swag the Nightmare Stag”


      Drugie mniej eleganckie oblicze Hannibala Lectera.

       

                      Pierwsza rzecz która najbardziej mnie zafascynowała to gra aktorska Lee Pace’a. Dotąd znałam go jedynie z „Hobbita” i roli Thranduil’a. Wyniosłego, bezwzględnego króla elfów, a tu nagle widzę zagubionego w swoim życiu cukiernika, właściciela „Pie Hole” który ma problemy z wyrażaniem uczuć i zachowaniem jakiejkolwiek bliskości z innym człowiekiem. Nawet z kobietą, która jest miłością jego życia, którą stracił i odzyskał z powrotem. Lee ma w sobie chłopięcy niewinny urok i to przyciąga i powoduje niekontrolowany uśmiech do monitora i tak samo niekontrolowany ruch rękami (nazywany polipem). Jednak kiedy zdarzają mu się sceny w których Ned traci trochę swojej powściągliwości, nadal widzimy na ekranie tego samego bohatera, a nie zupełnie inny wytwór wyobraźni aktorskiej. Partnerująca mu  Anna Friel ze swoją Chuck jest idealną częścią tego serialu i jego bajkowego klimatu. Sukienki, buty na wysokim obcasie od razu przywołują skojarzenia z typową amerykańską dziewczyną. Chuck jest zdecydowana i z przywróconego życia chce korzystać w pełni, nie patrzeć na niego przez pryzmat marzeń utworzonych na podstawie czytanych książek. Jak każda bohaterka może trochę irytować uporem, ale scenarzyści przedstawiają wszystko z humorem, najlepiej zawsze wypadają sprzeczki na linii Chuck-Emerson Cod, który traktuje ją jak wkurzającą młodszą koleżankę, która wiecznie musi za nim łazić. W ogóle cała sprawa związana z pszczołami i ulami, jakoś od razu skojarzyła mi się z emeryturą Sherlocka Holmesa, nieuleczalny przypadek dopatrywania się wszędzie fandom references nawet jeśli nie ma powodu. Jeśli chodzi o związek Chuck i Neda, to czasem taki związek może przyćmić wszystko i spowodować, że scenarzyści zapominają, że nie samym maślanym wzrokiem do bohatera do drugiej połówki (no tutaj więcej nie dostaniemy) widz żyje. Fuller i spółka dozują wszystkie składniki idealnie, niemalże jak to robi Ned ze swoimi ciastami. Napiszę książkę „Bryan Fuller jako twórca najsmaczniejszych seriali XXI w.” Nie oglądaj tego głodnym bo będziesz zwijać się w konwulsjach.

       

                      Moim spirit animal zostaje zdecydowanie prywatny detektyw Emerson Cod, człowiek który rzuca stale sarkastycznymi i absurdalnymi żarcikami (scena rozmowy z pieniędzmi poszła do notesika „może przyda ci się w życiu”). W czasie wolnym i czasie stresu szydełkuje (długa konsternacja czym jest właściwie knitting po polsku). I przez 8 odcinków jest właśnie takim trochę grupmy panem, który mówi co myśli, aż do 9 odcinka, kiedy jedna konwersacja spowodowała chęć poznania dogłębnie tej postaci i w sumie uświadomiła jak mało wiem o nim. Jest i Olive Snook – nieszczęśliwie zakochana w cukierniku, opiekująca się bardziej Digbym niż jego prawowity właściciel. Olive wygląda także jak typowa amerykańska sąsiadka (dodawanie przy każdej postaci kobiecej „amerykańska” to chyba winna tych ciast, które jak widzę to mam ochotę krzyczeć ‘murica, są w każdym filmie, każda matka z przedmieść robi je swojemu dziecku). I tutaj znowu mam ochotę się pozachwycać – Fuller i spółka nie zrobili z niej nieszczęśliwie zakochanej jędzy, która podkłada naszej cudownej zakochanej parze co chwila kłody pod nogi. Jest pełnokrwistą postacią, która idealnie współgra razem z resztą bohaterów. Oczywiście ma momenty zazdrości, ale dzięki tej mieszance jest widzowi bardziej bliska i daje się naprawdę lubić. Jednak serce najbardziej kradnie Digby. Taki śliczny pies, może jakieś spotkanie z Winstonem, co by biedak miał jakieś towarzystwo?

      Moment w którym każdy zaczyna mieć zapędy Willa Grahama.

       

                      Twórcy „Pushing Dasies” korzystają raczej z jasnej palety kolorów (mówię raczej bo mamy tu tez ciemniejsze sceny, nie jak w „Hannibalu” w którym każdy kolor jest okraszony odrobiną szarości), już pierwsza oznajmia nam, że czeka nas coś z pogranicza bajki i wolno snutej opowieści. Bo mamy narratora. Który co odcinek przypomina nam ile dokładnie lat, tygodni, dni, godzin i minut liczą nasi bohaterowie, przypomina nam o młodości Neda i zawsze raczy pomocą przy streszczeniu jak doszło do morderstwa. Mam jakąś słabość do narratorów w filmach, zawsze mam wtedy wrażenie, że wydarzenie nie dzieją się na ekranie, a siedzi obok mnie jakiś stary gawędziarz który z najmniejszymi szczegółami opowiada mi historię życia, a ja wszystko to sobie wyobrażam. Już nie wspominając o książkach w których nagle narrator mówi do mnie „Za mną czytelniku!”.

                      Mamy ciasta i ciekawych bohaterów. I jeszcze sprawy kryminalne, które są integralną częścią tego serialu. Morderstwa i wszelakie wypadki śmiertelne mogą wydawać się trochę niepasująca częścią układanki – mroczne zabójstwa w krainie wesołych ciast i jasnych kolorów? Owszem. Co odcinek mamy „morderstwo tygodnia” które narrator zawsze opowiada zaczynając słowami „The facts were these…”. Okoliczności śmierci są zawsze okraszone sporą dawka nieprawdopodobieństwa, przez co na wszystko patrzy się z przymrużeniem oka. Cod, Chuck i Ned udają się do kostnicy, przekonują zawsze niechętnego patologa co raz to dziwniejszymi historyjkami, aby mogli wejść i sprawdzić ciało. Co wiąże się z jednominutowym ożywieniem denata, ale jednak nawet informacje zasięgnięte u źródła nie pozwalają często od razu znaleźć mordercy.

                      Podsumowując, „Pushing Daisies” jest naprawdę niesamowitym serialem, które wyłamuje się z konwencji i jest raczej trudny do zdefiniowania. Na pewno pociesza mnie fakt, że przede mną jeszcze jeden sezon i prawdopodobny powrót na ekrany. W ogóle jakoś był ostatnio dobry czas na powroty, żegnałam kilka tygodni temu z ciężkim sercem „Ripper Street” a tu nagle BBC stwierdza, że chyba nie mogą tego tak zostawić i dają twórcą zielone światło. What a time to be alive! „Pushing Daisies” to zdecydowanie ten wyrób telewizyjny, który połyka się w całości, a potem głośno domaga o dokładkę i wyjawienie tajemnicy jak  tworzy się takie perełki. Bryanie Fullerze, bierz się do pisania.

       

      Panie Fuller, jest świetnie kontynuuj. 

       

      Z innnej beczki

       

      Powinno się znaleźć w poprzednim poście, ale nie chcę zmieniać - na jakieś 99,9999% żaden gif który pojawi się na tym blogu nie będzie mój. Jeśli takowy kiedyś się pojawi, będę się nim chwalić dopóki mnie nie zabijecie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      sobota, 15 marca 2014 23:07
    • Hello, sweetie!

       

      Literki układały się w logiczną całość przy dźwiękach Vance Joy - 'Riptide' oraz szczypty Arktycznych Małp.

       

      Witaj zbłąkana duszo! Jakimś cudem (prawdopodobnie jakimś wielkim i nieogranialnym, poinformuj mnie o nim) dostałaś się na mojego bloga. Jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwa (a cieszę się mniej więcej tak:

       

      Na pewno chciałbyś znaleźć odpowiedzi na kilka pytań. Choćby jak powstał wszechświat? Czy Bóg istnieje? Jak wygląda twarz sekretarki burmistrza z „Atomówek”? Niestety odpowiedzi na te pytania tu nie znajdziesz. Jednak mogę pocieszyć cię odpowiedziami na te związane z moją i twoją obecnością tutaj.

       

      Kim jestem?

      I am fire.

      I am death.

      No dobra, nie jestem Smaugiem.

       Julia. Uzależniona od tumblr. Plany na przyszłość niezbyt specyfikowane, oprócz chęci posiadania kamieniczki w centrum Londynu. Takiej ładnej na której dach mogłabym wchodzić co noc i podziwiać widoki. I jeszcze chciałabym zakotwiczyć się w jakieś londyńskiej gazetce z działem „kultura” i czasem wtrącić swoje trzy grosze a propos jakiegoś filmu, serialu, a może nawet książki. I stanąć na scenie Dobly Theatre ze złotą statuetką i łamiącym głosem dziękować połowie populacji. I szczerze podziękować kilku ludziom do których uśmiecham się teraz przez ekran komputera. I chce tylko powiedzieć, że nie jestem ekspertem. W żadnym stopniu. Po prostu mój mózg lepiej rozpracowuje fabuły zawiłych filmów i zapamiętuje nazwiska aktorów, niż wzory z matematyki. I bije szybciej gdy tylko może w pełni zanurzyć się w odmętach długich seriali (lub tych z trzema sezonami wypuszczanymi przez 4 lata) niż na dźwięk pierwszej zasady dynamiki newtona.

       

      Dlaczego zdecydowałam się kliknąć „załóż bloga”?

                  Pomijając chęć założenia własnego Kościoła, czy zorganizowania armii aby podbić małe państewko w Azji czy Afryce cel jest raczej trudny do zdefiniowania. Im więcej zainteresowań, tym więcej ludzi potrzebujesz, aby się nimi podzielić, bo ile można męczyć znajomych z klasy czy rodzinę. Kiedy najbliższe otoczenie nauczy się poprawnie wymawiać „Benedict Cumberbatch” to znak aby dać im zasłużoną przerwę. Oczywiście krótką. A dodając jeszcze moje ambicje pisarskie to chyba w miarę dobra myśl.

       

      Co czytelnik tu znajdzie?

                  Potrafię być bardzo monotematyczna. Ale także w przeciągu 10 minut konwersacji rozwinąć przez skojarzenia 20 tematów do dyskusji. Tak więc oprócz trafiających się czasem ester eggs, do czynienia czytelnik będzie miał głównie z kinematografią. Głównie brytyjską, ponieważ aktualnie na jej punkcie szaleje. Będzie dużo seriali, wszelkiej maści (może nie wszelkiej, bycie nowym rekrutem BBC zobowiązuje). Z większym naciskiem na serial:

      ¯  o pewnym detektywnie konsultancie i jego przyjacielu doktorze,

      ¯  o szaleńcu z budką policyjną który lubi biegać, 

      ¯  w którym nad każdym wisi groźba śmierci i są smoki,

      ¯  w którym potrawka z kurczaka nie widziała kurczaka i nigdy nie miała go zobaczyć,

      ¯  w którym człowiek po dwustu latach wstaje z grobu otrzepuje się, spotyka panią porucznik i próbuje uchronić świat przed nadchodzącą apokalipsą

      I wszystko co się wokół tego kręci. Aktorzy grający i ich inne produkcje, ludzie piszący i ich inne produkcje. Ludzie oglądający i ich szaleństwa. Oczywiście będą filmy. Dobierane przypadkowo. Stare, nowe (możne nawet takie które jeszcze nie powstały, jeśli jakoś kubek TARDIS zmieni się w tą prawdziwą).

      Czasem będą książki. Neila Gaimana, gdyż jestem na prostej drodze do absolutnego zakochania się w tym człowieku. Szwedzkie kryminały (przeczytałam jeden, ale ten jeden grzecznie zaprosił mnie do dalszej przygody). Światy Jeremiego Clarksona i jego poczynania z resztą świty w „Top Gear”. John Green też może się pojawić. Jest okay.

                  Może pojawi się nawet teatr (kierunek humanistyczny zobowiązuje)

       

                  Szeroko rozumiana popkultura.

       

                  Ciastka.

                 

      Będą gify i śmieszne obrazki.

       

      A to tylko lekko uchylone wieko puszki Pandory.

       

      Kiedy czytelnik będzie mógł się zachwycać moimi zdolnościami pisarskimi?

       

      Hmmm…

      Cóż…

      Znacie ten skecz?

       

                  Jeśli nie znacie, to zróbcie sobie przerwę i obejrzyjcie go, a jeśli znacie to też obejrzyjcie. Monty Pythonów nigdy za wiele.

                  Już? Ok. Otóż wpisy będą utożsamieniem hiszpańskiej inkwizycji. Niespodziewane. Wyskakujące znikąd (chociaż jak chcecie to możecie popracować i sprawić, żeby np. wyskakiwały z lodówki). Torturujące was mięciusią poduszeczką.

                  Oczywiście dołożę wszelkich starań aby nadać temu wszystkiemu jakąś terminowość i regularność, ale uwierzcie „chaos” to jakaś spersonifikowana forma mnie i już nic na to nie poradzę. Zawsze uważałam, że doba powinna mieć chociaż 36h. Jakieś 24 na życie szkolne, zawodowe i sen, a reszta na nadrabiane serialowych zaległości.

       

      To wszystko ze spraw organizacyjnych. Now, sit back and enjoy the ride!

       

      Z zupełnie z innej beczki.

                  A to będzie dobre miejsce na przypadkowe rzeczy. Takie w stylu „spacerowałam alejami miasta Poznania i zobaczyłam kogoś w koszulce „Sherlocka”, ujawnij się zbłąkana duszo”. Albo linki do dziwnych filmików na youtube. Ewentualnie filozoficznych przemyśleń o jakości podróży poznańskimi tramwajami. Lub śmiesznych postów na tumblr.

       

                  Dla niezorientowanych.

      Wcześniej wymienione seriale to:

      ¯  „Sherlock”

      ¯  „Doctor Who”

      ¯  „Gra o Tron”

      ¯  „Hannibal”

      ¯  „Sleepy Hollow”

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Hello, sweetie!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      juliasaid
      Czas publikacji:
      sobota, 15 marca 2014 22:46